Jaka jest przyszłość polskiej lekkoatletyki? „Widzę ją bardzo pozytywnie”

Zapraszamy na trzecią, ostatnią część rozmowy z Sebastianem Chmarą – wiceprezesem PZLA, komentatorem i byłym sportowcem.

Mityng Copernicus Cup to w tej chwili taka „perła w koronie” halowej lekkiej atletyki w naszym kraju. Do Torunia od czterech lat zjeżdżają najlepsi zawodnicy świata. A, co trzeba dodać, koszt organizacji tej imprezy jest stosunkowo nieduży, bo to zdaję się 1,5 mln zł.

Co do budżetu, to nie mam pewności, czy to 1,5, czy 1,6 mln. O to trzeba by spytać Krzysztofa Wolsztyńskiego (dyrektora Copernicus Cup – przyp. red.). Tak, turniej w Toruniu, to bezwzględnie impreza, która stwarza znakomite możliwości startowe naszym zawodnikom. Po drugie, nie musimy mieć jakichkolwiek kompleksów. Porównuję sobie te różne mityngi i myślę, że Copernicus Cup pod wieloma względami bije na głowę inne zawody tego typu w Europie, a także inne z tej samej serii IAAF World Indoor Tour. Organizacja imprezy np. w Madrycie pozostawia wiele do życzenia. Polacy organizacyjnie robią świetną robotę. Wyniki były fenomenalne. Być może na koniec sezonu halowego okaże się, że mityng w Toruniu był najlepszy pod względem osiąganych rezultatów. Tak, zgadzam się. To taka nasza „perła w koronie”. I oby Copernicus Cup jak najdłużej utrzymał się w tych strukturach, bo wtedy będziemy mieli w naszym kraju zimą kawał dobrej lekkiej atletyki. Szkoda tylko, że do Areny Toruń wejdzie tylko 5 tys. fanów. Uważam, że gdyby miała 8-10 tys., to frekwencja też byłaby maksymalna.

I można byłoby się wówczas poważnie ubiegać o HMŚ. Tymczasem Toruń chce zorganizować Halowe Mistrzostwa Europy w 2021 roku. Ma szanse? Kontrkandydatem jest holenderskie miasto Apeldoorn.

Myślę, że tak, choć tu już gra polityka ludzi z European Athletics. Toruń jest miastem, które organizuje swój mityng bardzo profesjonalnie. Po drugie, mamy już „rasową”, znającą się na rzeczy, lekkoatletyczną publiczność. A po trzecie, są wielkie gwiazdy sportowe. Jesteśmy w Europie potęgą lekkoatletyczną. To też jest element, może mniej istotny, ale ważny, żeby nam, Polakom prawo do organizacji takiej imprezy przyznać.

Skoro mowa o naszej potędze w lekkiej atletyce. W jakich barwach widzi pan jej przyszłość? Biorąc pod uwagę zbliżające się ME na stadionie w Berlinie, ale nie tylko. Gdzieś mignął mi taki dość dramatyczny apel Adama Kszczota, który w swojej wypowiedzi domagał się od władz działań o szerszym zasięgu w kwestii rozwoju lekkiej atletyki w Polsce.

Generalnie przyszłość tej dyscypliny w naszym kraju widzę bardzo pozytywnie. Z wielu względów. Jesteśmy na takiej krzywej wznoszącej od wielu lat. I nie ma mowy o przypadku. O tym, że coś nam „się udaje”. Kiedyś złośliwi mówili, że my nie mamy lekkiej atletyki, tylko „ciężką” atletykę, bo zdobywaliśmy medale jedynie w rzutach. Teraz to się absolutnie zmienia. Mamy medale w biegach średnich, sprintach, skokach, sztafetach, więc to taki przekrój właściwie przez większość konkurencji. Uważam, że na pewno mamy braki w infrastrukturze. To jest to nad czym ubolewa m.in. Adam Kszczot.

Bingo!

W Polsce – wiadomo – jest zimno przez osiem miesięcy. Na powietrzu można trenować w kwietniu i to też trzeba mieć szczęście, bo jak „przywali” czasem mrozem, to nie ma mowy o zrobieniu technicznego treningu lekkoatletycznego. No ok, czyli startujemy w maju. Później czerwiec, lipiec i sierpień, tak? A trzeba pamiętać, że w sierpniu jest większość dużych imprez. Zatem, stawiam otwarte pytanie, gdzie mają ćwiczyć nasi lekkoatleci? Skoro trzeba być już gotowym w sierpniu na wielkie zawody, a i w lipcu zazwyczaj wiele się dzieje. Mamy halę w Toruniu. jest Spała i to wszystko. Owszem, są także takie „stare kiszki” – w Bydgoszczy, w Łodzi. Ale nie ma tu mowy o kompleksowym realizowaniu szkolenia w całym kraju. I tu jest największy problem.

W jaki sposób się z nim zmierzyć?

Będąc niedawno na spotkaniu u pana premiera Mateusza Morawieckiego, dowiedziałem się, że premier wesprze program budowy takich hal. Bo chciałby, aby hala była w każdym województwie. I to jest kierunek, który spowoduje, że ta dyscyplina jeszcze bardziej pójdzie do przodu. Bo programy „miękkie” już mamy – jest np. program „Lekkoatletyka dla każdego”, który obejmuje prawie 600 trenerów, a oni mają „pod sobą” kilkanaście tysięcy zawodników. I jest z czego wybierać, „narybek” jest. Najważniejsze, by mieć gdzie ćwiczyć. Obecny minister sportu (Witold Bańka – przyp. red.) jest byłym lekkoatletą, podobnie jak wiceminister (Jan Widera – przyp. red.), więc oni ten problem rozumieją doskonale. Jestem przekonany, że trafiliśmy teraz na podatny grunt. Lepszego momentu już chyba nie będzie. A, moim zdaniem, lekkoatletyka jest  indywidualnym sportem numer jeden. I w co inwestować, jeśli nie w rozwój tej pięknej dyscypliny? Pamiętajmy jeszcze o jednym. Z lekkiej atletyki zawodnicy później „emigrują” do innych dyscyplin sportu, ze znakomitym skutkiem. Podsumowując: jestem optymistą, ale warunkowym.

Co to znaczy?

To znaczy, że musimy pamiętać o pewnych elementach. I nie ma co działać reaktywnie. My tak naprawdę już znamy nazwiska zawodników, którzy zapewne pojadą na igrzyska za dwa lata do Tokio. Nie wiemy jeszcze kto, ale grupa już jest. Ci, którzy będą startować na igrzyskach w 2024 też już powinni być. A teraz inwestujemy tak naprawdę w tych, którzy będą nas reprezentować około 2030 roku. Więc to jest bardzo długi proces. Odpowiedzialny. Jeśli to teraz zaniedbamy, to potem będzie za późno, żeby zrobić cokolwiek. Na koniec chciałbym podać ciekawy przykład. Brytyjczycy w 1996 roku dostali łupnia na igrzyskach w Atlancie. Przedsięwzięli pewne kroki, a plony tego zbierali w 2008 roku w Pekinie. Wtedy wszyscy mówili, że tym sukcesem doszli do ściany. I co? I w 2012 roku u siebie w Londynie zdobyli jeszcze więcej medali (65 przy 47 w 2008 roku – przyp. red.). Wszystko to było pokłosiem decyzji podejmowanych już w 1997 roku. Na tym właśnie polega odpowiedzialność rządzących i działaczy związkowych, którzy powinni wspierać, inspirować i zachęcać do inwestycji w takie, a nie inne dyscypliny sportu.