Madridiści będą pamiętać swojego prezesa

21 marca sportowy świat obiegła niezwykle smutna wiadomość: Lorenzo Sanz, a więc były prezes Królewskich, przegrał walkę z koronawirusem. „Real Madryt, jego prezes i zarząd przy wielkiej konsternacji ubolewają nad śmiercią Lorenzo Sanza, który był prezesem Realu Madryt w latach 1995–2000. Pragną również przekazać najgłębsze wyrazy współczucia i całe swoje wsparcie dla małżonki Marii Luz i dzieci Lorenzo, Francisco, Fernando, Maríi Luz Maluli i Diany oraz dla ich rodziny i przyjaciół. Kondolencje składa jednak przede wszystkim całe madridismo” – czytamy w oficjalnym komunikacie klubowym.

Śmierć 76-letniego Sanza jest szokiem, nie tylko w stolicy Hiszpanii. W sposób najbardziej dramatyczny bowiem pokazuje, w jak groźnym dla zdrowia i życia czasie obecnie żyjemy. Faktem jest jednak także to, że Hiszpania to kraj, w którym wybuch i przebieg pandemii ma bardzo gwałtowny charakter: zakażonych jest tam ponad 28 tys. ludzi, 1720 umarło. Były gracz Realu, Ivan Campo, za taki stan rzeczy obarczył hiszpańskich polityków, którym we wpisie na Twitterze zarzucił „ciągłe kłamstwa” i skrajną opieszałość: „nawet wiedząc, że nadchodzi globalna pandemia, nie ruszyli swoim pie******** palcem”:

Campo był zawodnikiem Królewskich w latach 1998-2003, a więc reprezentował klub, zarządzany przez Lorenzo Sanza. Trzeba przyznać, że rządy zmarłego w sobotę prezesa były w stołecznym klubie bardzo udane. Przede wszystkim w 1998 roku Real Madryt w obecności 50 tys. ludzi na AmsterdamArenie sięgnął po swój siódmy w historii Puchar Europy, pokonując w finale Ligi Mistrzów Juventus 1:0. Na taki triumf kibice Los Blancos czekali aż 32 lata. Kluczową bramkę zdobył sprowadzony 2 lata wcześniej przez Sanza z Valencii, Czarnogórzec Predrag Mijatović:

Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Traktowałem go niemal jak ojca, naprawdę bardzo go kochałem. Był bardzo ważną osobą w moim życiu. Nadal wysyłaliśmy sobie wiadomości, co jakiś czas jedliśmy razem. W życiu są ludzie, którzy zostawiają ślad i Lorenzo był jednym z nich” – stwierdził w wywiadzie dla „Marki” były zawodnik Królewskich. „Wiele mu zawdzięczam, ponieważ to dzięki niemu mogłem zagrać w Realu Madryt. Zawsze obchodził się z piłkarzami w ciepły sposób. Znał się na futbolu, ale najlepsze w nim było jego serce. To on stworzył mistrzowski Real Madryt” – dodał inny reprezentant ówczesnej ekipy z Santiago Bernabeu, król strzelców mundialu w 1998 roku, Chorwat Davor Suker.

W wielu wspomnieniach Sanza właśnie fakt ludzkiego, partnerskiego traktowania piłkarzy przebija się na pierwszy plan. Być może brało się to stąd, że ten wzięty biznesmen z charakterystycznym, nieodłącznym cygarem w ustach, swoją karierę zaczynał… na ulicy jako chłopiec na fryzjerskie posyłki. Znał więc życie od podszewki. To też musiało go zahartować, a fakt, że zaszedł tak daleko świadczyły o jeszcze co najmniej dwóch cechach charakteru: pracowitości i zawziętości. Swoją fortunę zawdzięczał inwestycjom na rynku nieruchomości. Przez 10 lat był jednym z dyrektorów klubu, w którym objął samodzielne władztwo pod koniec listopada 1995 roku. Sprowadził do Madrytu nie tylko Mijatovicia i Sukera, ale także m.in. Roberto Carlosa, Clarence’a Seedorfa czy Christiana Panucciego. Sukces w Lidze Mistrzów powtórzył zresztą jeszcze raz: w maju 2000 roku Real pokonał w finale Valencię aż 3 do 0. Drugi triumf w Champions League nie pozwolił mu jednak wygrać lipcowych wyborów w klubie. 16 lipca zastąpił go w prezesowskim fotelu Florentino Perez, którego główną, zresztą spełnioną obietnicą było sprowadzenie Luisa Figo z Barcelony, co zapoczątkowało erę Galacticos.

Galaktycznego Realu nie byłoby, gdyby nie Sanz. W czasach jego panowania Królewscy bez wątpienia wrócili na europejski szczyt, co odbyło się – trzeba to podkreślić – mimo dość częstych zmian na ławce trenerskiej. Sukcesami, które można przypisać m.in. Sanzowi, było także wygranie ligi (1996/97), Superpucharu Hiszpanii (1997) oraz sięgnięcie po Puchar Interkontynentalny (1998).