Kopciuszek, a gra jak rutyniarz (WIDEO)

„W Europie nie ma już słabych drużyn” – niech podniesie rękę ten, który nigdy nie słyszał tego sloganu. To banał, ale jakoś zwykle dzieje się tak, że nie dotyczy naszych drużyn klubowych, a ostatnio również przedstawiciele naszej reprezentacji mogli tak powiedzieć/pomyśleć po porażce ze Słowenią, usprawiedliwiając swoją własną niemoc i słaby styl. We właśnie zakończonej serii eliminacji do Euro 2020 znowu pozytywnie zaskoczyła reprezentacja maleńkiego, nie przez wszystkie kraje świata uznawanego, Kosowa. Co tylko kolejny raz potwierdza, że ludzie z Bałkanów prezentują jakąś niezwykłą siłę w grach zespołowych – wystarczy przypomnieć, że mistrzyniami Europy w siatkówce kobiet właśnie zostały Serbki.

Ale wróćmy do piłki nożnej. I skupmy się na niej, wyłączając politykę, choć ta jest dla Kosowa niezwykle istotna, wręcz fundamentalna. Zresztą na skutek różnych przepychanek, kadra tego kraju została włączona do „rodziny UEFA” oraz „rodziny FIFA” dopiero w maju 2016 roku. I od tamtej pory może brać udział we wszelkich oficjalnych eliminacjach i turniejach.

Jak poszło w debiucie na tej oficjalnej scenie? Słabo. Bardzo słabo. W grupie 9 kwalifikacji do mundialu w Rosji Kosowianie zajęli ostatnie miejsce z zaledwie jednym punktem za remis 1:1 w Finlandii, co raczej należało rozpatrywać w kategorii klęski Finów, a nie jako sukces graczy z Bałkanów. W pozostałych spotkaniach zawodnicy ówczesnego trenera Alberta Bunjakiego strzelili tylko jeszcze 2 bramki, a stracili…23. Fatalnie, po prostu fatalnie. Wszystko zmieniło się, gdy kadrę objął Szwajcar Bernard Challandes. 68-latek w swojej ojczyźnie prowadził – poza Basel – wszystkie znaczące kluby m.in. Young Boys, FC Zurich, FC Sion, FC Thun. W latach 2014-15 odpowiadał zaś za grę reprezentacji Armenii, w której nie zagrzał zbyt długo miejsca. Zrobił sobie przerwę, co wyszło na zdrowie – zwłaszcza Kosowu.

Pod jego wodzą drużyna piłkarsko dowodzona przez gracza Lazio Valona Berishę zaskakuje – wystarczy wspomnieć, że tuż przed eliminacjami do Euro 2020 potrafiła na swoim terenie zremisować 2 do 2 z Danią, lecz wszystko, co najlepsze pokazała już w samych kwalifikacjach. Bramkowe remisy z Bułgarią i Czarnogórą, wygrana 3:2 w Bułgarii i 2:1 u siebie z Czechami, sprawiły, że przebąkiwania Kosowian o awansie na ME zaczęto brać naprawdę na poważnie, mając jednocześnie świadomość, że ich przydomek – „Brazylia Bałkanów” – jest jednak mocno na wyrost. Ale nawet wczorajsza porażka w hokejowym wymiarze (3:5) w Anglii nie zachwiała wciąż całkiem silną pozycją Kosowa, choć sprawiła, że w tabeli grupy A reprezentację tę wyprzedzili Czesi.

Spotkanie z Anglikami miało szaleńczy przebieg. Było rozgrywane w bardzo dobrym tempie i z nonszalancją, jeśli chodzi o szyki obronne. Już w pierwszej minucie St Mary’s Stadium w Southampton uciszył Berisha, ale zaledwie po 7 kolejnych minutach wyrównał Raheem Sterling. I kiedy do przerwy wydawało się, że już jest „pozamiatane” w związku z kolejnymi 4 golami gospodarzy, Kosowianie byli w stanie pokazać pazur(ek), dokładając po przerwie jeszcze dwie bramki, w tym jedną z karnego. W 65. minucie zaś „11” Harry’ego Kane’a bohatersko obronił Arijanet Muric:

Strzelenie Anglikom na ich terenie trzech goli musi budzić respekt, nawet w obliczu straty aż pięciu (i bliskiej szóstej). Dlaczego? Bo to nie przypadek, w końcu wcześniejsze wyniki znikąd się nie wzięły. Na pewno będziemy z uwagą śledzić dalsze piłkarskie losy kraju, zamieszkałego przez niecałe 2 mln ludzi. Kraju, jak się okazuje, także całkiem uzdolnionego w kopaniu piłki. Ciekawi nas zresztą bardzo, jak dziś/jutro/za miesiąc wypadliby w konfrontacji z Kosowem nasi reprezentanci. Jak myślicie?