Mistrzowie grają dalej! (WIDEO)

Wydawało się, że nasz dzisiejszy felieton będzie o czym innym. Że będziemy entuzjazmować się pierwszym w dziejach tytułem mistrzowskim NBA dla Toronto Raptors. I być może jeszcze będziemy. Ale na pewno nie dzisiaj.

Warriors naprawdę byli już w pozbawionej światła i nadziei piwnicy. Na 3 minuty przed końcem meczu nr 5 to gospodarze wygrywali sześcioma punktami, wydawało się więc, że znakomity Kawhi Leonard (10 punktów z rzędu w 4. kwarcie) i spółka zrobią to i sięgną po tytuł. Nic bardziej mylnego. Mistrzowie mają przecież Stephena Curry’ego i Klaya Thompsona, którzy nie patyczkowali się zbytnio, trafiając dwie kluczowe trójki:

Wojownicy pokazali prawdziwie wojownicze serce, ogromną wolę przedłużenia serii. Kto wie, czy nie skończy się ona po siedmiu spotkaniach? Bo czy GSW są w stanie wygrać kolejny mecz? Po takim thrillerze, jak ostatnio w Toronto – oczywiście, choć prawdziwą siłą Kanadyjczyków jest gra zespołowa, z której raz na jakiś czas wyłamuje się MVP finałów z 2014 roku, czyli Kawhi. Nawet jednak Leonard nie mógł zdziałać zbyt wiele, nawet desperacki rzut równo z syreną Kyle’a Lowry’ego nie dał mistrzostwa Dinozaurom – ci pokpili sprawę wcześniej. Nie byli bowiem w stanie wykorzystać dwóch kluczowych błędów GSW pod koniec meczu, a nade wszystko mieli fatalną skuteczność rzutów zza łuku: tylko 8/32, podczas gdy duet Curry-Thompson rzucił łącznie 57 „oczek” przy ponad 40-procentowej skuteczności za trzy (12/27). Ot, to zrobiło całą różnicę.

Różnicę robił także, wracający po kontuzji łydki, Kevin Durant. 30-latek wspaniale wszedł w spotkanie, trafiał za trzy jak na zawołanie, ale… no właśnie, czy to, co się wydarzyło nie odbije się na kolejnym meczu finału?

W drugiej kwarcie Durant źle stąpnął i już wiedział, czym to grozi. Diagnoza jest powalająca: według ESPN koszykarz zerwał ścięgno Achillesa, a taka kontuzja nie tylko eliminuje go z tegorocznego finału, ale i stawia pod znakiem zapytania dyspozycję w kolejnym sezonie. Jeśli bowiem początkowe informacje się potwierdzą, Duranta czeka wiele miesięcy przerwy od grania. A przecież latem miał zostać „wolnym agentem”, spekulowano o przenosinach do New York Knicks… 30-latek cały w nerwach (czy aby na pewno jego powrót nie był zbyt szybki?) opuszczał halę w Toronto. Także dlatego, że cześć kibiców zachowała się – jak później przyznał Thompson – „chu…”, bo ewidentnie cieszyła się takiego obrotu spraw, w końcu GSW zostali pozbawieni niezwykle istotnego ogniwa. Część oklaskami wspierała kontuzjowanego zawodnika, ale część „fanów” nie potrafiła ukryć zadowolenia, co w NBA właściwie się nie zdarza.

Sam nie wiem, jak mam się teraz czuć. Z jednej strony, jestem bardzo dumny z moich zawodników. Z drugiej, jestem załamany kontuzją Kevina. To absurdalne uczucie. Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo i jednocześnie przyjęliśmy wielki cios” – przyznał na konferencji prasowej trener Warriors, Steve Kerr. Czy jego zawodnicy otrząsną się po stracie Duranta i wyszarpią co najmniej jeszcze jedno zwycięstwo? Mecz nr 6 odbędzie się z czwartku na piątek polskiego czasu. Początek o 3 nad ranem.

Kursy w forBET na 6. mecz finału NBA:

Golden State Warriors vs. Toronto Raptors: 1 – 1.68, X – 12.00, 2 – 2.38