Filipiak chce fazy grupowej LE, czyli… czy ktoś nie przedawkował przypadkiem szczęścia?

  • Redakcja

Pomarzyć dobra rzecz. Też tak uważacie? No jasne, jeżeli ktoś w coś naprawdę mocno wierzy, robi wszystko, by zrealizować cel, to często dzieje się tak, że dopina swego. Daje radę, osiąga sukces i w pełni szczęścia koncentruje się na nowych wyzwaniach.

Marzenia jednak należy podzielić na dwie kategorie: te, które mogą być spełnione, jeżeli są poparte ogromną pracą, oraz takie, które są wyimaginowanymi wizualizacjami, które nie mają prawa się wydarzyć.

Gdyby dzisiaj przyszedł do nas młodszy brat i powiedział, że chce być lepszym piłkarzem niż Leo Messi i zadeklarowałby, że na pewno strzeli więcej goli od niego w pierwszej drużyny Barcelony, to wysłalibyśmy go do specjalisty. Spoko, że ma swoje marzenia, fajnie, że mierzy wysoko, ale bez przesady – to brzmi tak nierealnie, że mimo trzymania kciuków nie widzimy szans na powodzenie w takim przedsięwzięciu. Gdy jednak ktoś jest mistrzem Europy i marzy o zdobyciu medalu na igrzyskach olimpijskich? Brzmi sensownie, czemu nie? Przy odrobinie szczęścia i wielkiej determinacji ten cel wydaje się być realnym kolejnym krokiem na sportowym szlaku.

I o ile czasami ludziom z naszego krajowego sportu zarzucamy zbyt małą ambicję, o tyle niektórym fantazji naprawdę zazdrościmy. Dziś na tapetę weźmiemy Janusza Filipiaka, który powiedział, że zacznie swój zespół rozliczać za awans do fazy grupowej Ligi Europy.

„Trener jest zdeterminowany, a moje oczekiwania są podobne. Będę rozliczał piłkarzy za awans do fazy grupowej Ligi Europy i za to dostaną duże premie.”

Okej, wszystko fajnie. Czyli będą nagrody za awans do fazy grupowej Ligi Europy – super, trzeba docenić swoich piłkarzy za sukcesy. Ale nie jesteśmy pewni, czy aby na pewno pan Filipiak zdaje sobie sprawę z tego, że Cracovia ma do fazy grupowej Ligi Europejskiej mniej więcej tak daleko jak nasz młodszy brat do pobicia osiągnięć Messiego. Co prawda LE to nie jest nie wiadomo jaki kosmos, wszak gra w tych rozgrywkach wiele ekip, których nazwy nam nic nie mówią, ale gdy spojrzymy na poprzednie sezony w wykonaniu polskich ekip i Cracovię, która w naszej ogórkowej lidze przegrała w tym sezonie 14 razy… nie, to nie może się udać. Pasy kilka razy pozytywnie nas zaskoczyły, udało się pokonać Legię na Łazienkowskiej, ale nie wierzymy, aby taka ekipa była w stanie nas reprezentować w Europie. Cracovia to co najwyżej ligowy dżemik, a nie nasz towar eksportowy.

Czyli będą nagrody za awans – super, pytanie, czy bedą kary za brak awansu. Skoro pan Filipiak tak podchodzi do tematu, to może postawił swojej drużynie ultimatum, w końcu ktoś polskiego piłkarza przyparł do ściany i stawia przed nim konkretne wymagania. Czasami słuchając ludzi polskiego futbolu mamy wrażenie, że główna myśl, to „jakoś to będzie”. Czyli jak będzie pierwsza trójka, to super, jak mistrzowska ósemka – nie ma tragedii. Gdy drużyna uplasuje się w grupie spadkowej, to nie ma nic się nie stało – za rok będzie już tylko lepiej. Brak presji powodował, że pewne obowiązki były olewane, a wszystkie rezultaty przyjmowane z przymrużeniem oka.

Sami nie wiemy, co o tym wszystkim myśleć. Chwalić czy szydzić? Ciekawi nas na pewno podejście Janusza Filipiaka, który stawia sprawę jasno i otwarcie mówi o czymś, co nikomu nie może przejść przez gardło. O ile nie wierzymy w tak ambitne cele, o tyle doceniamy podejście do tematu – w innym przypadku bawienie się w sport nie ma sensu. Najmniejszego.