Minęło już 25 lat…

Brazylijczyk Ayrton Senna uważany jest przez wielu za najlepszego kierowcę Formuły 1 w historii. I nawet, jeśli komuś podobne opinie wydają się nieco na wyrost, a i liczby: 41 zwycięstw, 65 pole position i 80 miejsc na podium w trakcie 10-letniej kariery nie są w stanie przekonać wszystkich, trzeba i tak po prostu zgodzić się, że 1 maja 1994 roku w najbardziej dramatyczny sposób skończyła się cała epoka w dziejach (moto)sportu.

Nazywany był „królem deszczu” – absolutnie nieprzypadkowo. Ponoć już na progu swoich złotych kartingowych czasów, jako zaledwie 13-latek, po jednym z nielicznych nieudanych wyścigów w strugach deszczu poprzysiągł sobie, że będzie tak długo trenował w niesprzyjających warunkach pogodowych, aż zyska w nich całkowitą kontrolę nad pojazdem. Skalę ogromnego talentu objawił już w swoim debiutanckim na torach F1 sezonie ‘84 w barwach teamu Toleman. Wtedy to na niezwykle wymagającym ulicznym torze w Monako zameldował się na mecie tuż za plecami znakomitego Francuza (i późniejszego głównego rywala) Alaina Prosta. W strugach deszczu, dodajmy. I na swoim ulubionym torze. Rok później już jako kierowca Lotusa, również przy obficie padającym deszczu, podczas Grand Prix Portugalii dokonał niebywałej rzeczy – wygrał z taką przewagą, że nie zdołał zdublować tylko drugiego, Włocha Michele Alboreto. To właśnie wtedy niedaleko Estoril Senna wygrał swoje pierwsze w życiu zawody.

Największe sukcesy urodzony w Sao Paulo kierowca odnosił jako reprezentant McLarena – trzy razy (1988, 1990, 1991) sięgnął wówczas po mistrzostwo świata, a kibice elektryzowali się jego pasjonującą walką z Prostem. Francuz był początkowo jego kolegą z zespołu. Nie przeszkadzało to jednak w absurdalnie wręcz zaciętej rywalizacji między nimi, by wspomnieć przede wszystkim GP Japonii, gdy po kolizji z Prostem Senna został (niesłusznie) zdyskwalifikowany, co kosztowało go utratę tytułu. Francuz w kolejnym sezonie 1990 odszedł do Ferrari, co nie było zaskoczeniem, ale co na pewno wzmogło jeszcze napięcie między nimi, które znowu dało o sobie znać w Japonii – Brazylijczyk tuż po starcie spowodował kolizję z Francuzem, ale tym razem to on w generalce był minimalnie lepszy i wywalczył tytuł. Przewaga Senny nad resztą stawki jeszcze bardziej zaznaczyła się rok później.

W środowisku F1 był jednak coraz bardziej krytykowany za swój agresywny, miejscami szaleńczy styl jazdy. Sam zresztą, jeszcze w 1988 roku, przyznał, że to co robi często „jest poza jego świadomością”, że kieruje bolidem właściwie instynktownie. Po to, żeby złamać kolejne  granice. Być najlepszym. Moment otrzeźwienia przyszedł po Monako ’88, gdy zdeklasował w kwalifikacjach nawet jadącego tą samą maszyną, Prosta. Senna przeszedł wówczas wewnętrzną metamorfozę. Doszło do niego, że jego brawura jest zwyczajnie groźna dla niego i otoczenia. Coraz częściej też można go było zobaczyć w towarzystwie głównego lekarza F1 prof. Sida Watkinsa, z którym konsultował kwestie poprawy bezpieczeństwa. Temat ten z wielką gwałtownością wrócił podczas trzeciego weekendu sezonu 1994 na torze Imola w San Marino… To był zdecydowanie najtragiczniejszy weekend w historii F1.

Ostrzeżenie przyszło już podczas piątkowych kwalifikacji, w których rodak i dobry kolega Senny Rubens Barrichello uderzył w ogrodzenie toru. Tym razem skończyło się na strachu, a kierowca wyszedł z wypadku niemal bez szwanku. Znacznie mniej szczęścia od Barrichello dzień później miał Austriak Roland Ratzenberger. Rówieśnik Senny stracił kontrolę nad swoim pojazdem, po tym jak urwała się część przedniego skrzydła i z wielkim impetem wpadł na betonową ścianę tuż po zakręcie Villeneuve. Nie miał żadnych szans na przeżycie.

Wypadek i śmierć Ratzenbergera wstrząsnęła środowiskiem. Ale, co zaskakujące, nie spowodowała odwołania wyścigu. Senna początkowo nie miał ochoty, by stanąć do startu, ale zmienił zdanie po nocnej rozmowie z Frankiem Williamsem…

Wyścig ledwo się rozpoczął, a już na początku został przerwany po tym, jak w nagle zatrzymany bolid Fina JJ Lehto (niegroźnie) uderzył Portugalczyk Pedro Lamy. Kolizja spowodowała, że na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa – przy wcześniejszych okazjach mocno krytykowany za zbytnią powolność, powodującą  niebezpieczne obniżenie temperatury w oponach. Po wznowieniu jazd, na drugim okrążeniu po restarcie na wyjątkowo długim, okrytym złą sławą, zakręcie Tamburello rozegrał się dramat Senny. Brazylijczyk, z do dziś nie do końca znanych powodów, zamiast skręcić w lewo, pojechał lekko w prawą stronę, po czym z ogromną siłą przy prędkości zredukowanej z około 300 do 200 km/h wpadł na betonowy mur.

Przez pierwsze chwile nie wierzyłem, że to skończy się tak fatalnie. Zobaczyłem czerwoną flagę i wróciłem na start. Powiedziano mi, że wypadku doznał Damon Hill. Poinformowano nas, że rusza głową, co oznacza, że wszystko będzie z nim dobrze. Później okazało się, że to była nerwowa reakcja człowieka, który zaraz umrze” – wspominał ówczesny kierowca McLarena Martin Brundle, który, podobnie jak jego koledzy z toru, po 38 minutach od tego wydarzenia kontynuował wyścig. „Byłem zły, że musieliśmy się ścigać. Jestem wściekły do dziś. Najbardziej denerwuje mnie to, że musieliśmy przez 55 okrążeń jeździć po plamach jego krwi. To było oznaką braku szacunku i nie powinno się wydarzyć” – dodał (sport.tvp.pl). Śmierć Senny była szokiem dla całego świata, w Brazylii ogłoszono trzydniową żałobę narodową. Na jego pogrzeb przyszły setki tysięcy ludzi, dla których był wielkim, nie tylko sportowym bohaterem.

Po trwającym dekadę śledztwie włoski sąd uznał w 2007 roku, że przyczyną wypadku Senny była źle zaprojektowana i wykonana kolumna kierownicza, co bezpośrednio obciążyło inżyniera Williamsa Patricka Heada. Wyrok sądu nie przeciął jednak szeregu wątpliwości, których dzisiaj – po 25 latach od tej tragedii – już nie da się ostatecznie rozwiać.