Chwile nieulotne #26 – Boje Žalgirisu Kowno z CSKA Moskwa

Dzisiaj, jak wiadomo, Dzień Dziadka. Mamy nadzieję, że wśród naszych czytelników znajdą się i dziadkowie, a dokładniej: nieco starsi fani basketu. Tacy, którzy pamiętają schyłek Związku Radzieckiego i wspaniałą rywalizację na koszykarskim parkiecie między mocarnymi reprezentantami „Wielkiego Brata” a zawodnikami dumnej, choć małej Litwy.

Litwini to koszykarsko nadnaturalnie uzdolniony naród. By to zobrazować wystarczy przywołać pewne fakty. Otóż jeszcze przed II wojną światową litewscy gracze dwukrotnie zdobyli złote medale Mistrzostw Europy. Skąd się bierze ten fenomen, który przecież jest jak najbardziej obecny i w naszych czasach?

Przede wszystkim tę dyscyplinę sportu u naszych północno-wschodnich sąsiadów traktuje się niemal jak religię. Dla niektórych to wręcz jest religia. Ale to taki pobieżny osąd. Znany w Polsce słoweński trener Andrej Urlep w jednym z wywiadów z 2014 roku wyjaśnił to zjawisko: „Widać, że to kraj koszykówki. Zarówno zawodnicy, jak i działacze klubowi są absolutnie zaangażowani w to, co robią. Po prostu to kochają. Kluby mają w większości super hale, choć kibiców przychodzi – jak mi powiedziano – mniej niż kilka lat temu. Na czym polega fenomen i skąd się biorą sukcesy? To przede wszystkim kwestia szkolenia, już od najmłodszych lat, gdy wybierani są do treningów chłopcy sześcio-siedmioletni. Proszę sobie wyobrazić, że w kategorii do lat 15 są na Litwie 52 drużyny w trzech ligach. Poza tym – jeśli chodzi o zespoły seniorskie – w żadnej ekipie ligowej obcokrajowiec nie ma decydującego wpływu na oblicze drużyny, nawet w Żalgirisie, który z powodzeniem występuje w Eurolidze” – powiedział Urlep (sport.tvp.pl). A więc miłość + szkolenie na najwyższym poziomie + szeroka selekcja + stawianie na swoich = sukces – tak w skrócie można opisać zjawisko świetnej koszykówki na Litwie.

Wyżej była już mowa o Žalgirisie Kowno. To bez wątpienia najbardziej utytułowany litewski klub. Litwa, od 1940 roku przez kolejnych 50 lat była jedną z republik radzieckich. Co oczywiście nie budziło zadowolenia rodaków Władysława Jagiełły i miał swoje odbicie w sporcie, zwłaszcza już po koszmarze wojennym.

W latach 1969-84 koszykarską ligę ZSRR zdominował wojskowy klub ze stolicy imperium: CSKA Moskwa, które na szesnaście sezonów wygrało aż 15 razy. CSKA – oprócz wielkich pieniędzy – korzystało z podobnego „patentu”, jak Legia Warszawa. Gdy ktoś w ramach ligi się wyróżniał i był młody, dostawał bilet do wojska i z miejsca trafiał do klubu. Tak właśnie próbowano skaperować największą gwiazdę Litwy, Arvydasa Sabonisa. Przebiegli Litwini znaleźli jednak sposób na zatrzymanie „Sabasa” u siebie. Opowiedział o tym ówczesny trener-wizjoner Žalgirisu Vladas Garastas: „Do armii nie brali studentów dwóch kierunków: rolnictwa i medycyny. Puszczono plotkę, że Sabas idzie na AWF, więc Moskwa spokojnie czekała aż tam we wrześniu się znajdzie. Dogadaliśmy się więc z rektorem uniwersytetu rolniczego w Kownie, że jak Sabonis skończy szkołę średnią w maju, od razu go przyjmą” – cytat za: Z. Rokita, Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium (Wołowiec 2018, s. 101).

Plan się powiódł. Sabonis został na Litwie, dzięki czemu Žalgiris w 1984 roku przerwał wreszcie hegemonię CSKA w lidze ZSRR. Jeszcze ciekawiej było trzy lata później. 23-letni Arvydas był kontuzjowany, więc – jako reprezentant nie tylko Kowna, ale i kraju – został poddany kuracji przez władze rosyjskie. Wszystko po to, by nie mógł zagrać w barwach Žalgirisu w drugim meczu finału ligi z CSKA. Ostatecznie kulejący Sabonis bronił barw swojego klubu, który niespodziewanie wygrał w Moskwie. O mistrzostwie miał zatem zdecydować trzeci mecz, także w stolicy Związku Radzieckiego.

Finał od początku przebiegał w zaskakującej atmosferze. Do stolicy ZSRR pojechała liczna grupa fanów z Kowna. Jak dostali bilety? Po prostu odsprzedawali je od miejscowych albo kupowali za wódkę Stumbras i kiełbasę. Efektem tych zabiegów było to, że w mogącej pomieścić 10 tys. kibiców moskiewskiej hali, mniej więcej 80 proc. stanowili Litwini, którzy z całych sił zagrzewali swoich do walki. A Sabonis grał z niebieską opaską na kontuzjowanej, prawej nodze. Lider Žalgirisu dość szybko złapał cztery faule. Musiał uważać, by nie wylecieć z boiska. Na kilka minut do końca CSKA miało już tylko trzy „oczka” przewagi. Kosz za kosz, żadna z drużyn nie zamierzała się poddawać. W ostatniej akcji meczu Rosjanin rzucił…celnie. Remis. Dogrywka. W niej, na minutę przed końcem Litwini prowadzili sześcioma punktami, a Sowieci raz za razem pudłowali, lekceważąc jakby ostrzeżenia wojskowych, którzy grzmieli: „Chłopcy, to nie jest zwykła gra. To gra polityczna!”.

Przewaga graczy z Kowna  jeszcze wzrosła, a czasu do końca spotkania zostawało coraz mniej. Rokita w swojej kapitalnej książce pisze:

Dwadzieścia sześć sekund do końca, czas dla Rosjan. Sabonis wykonuje gest, który stanie się litewskim „gestem Kozakiewicza”: śmiejąc się, naśladuje ręką lecącego ptaka. Później wytłumaczy, że zwycięstwo uleciało od Sowietów, jak „gęsi na południe”. Žalgiris pokonuje CSKA, Kowno Moskwę, Litwa Związek Radziecki, a mały naród – imperium. Dzięki Sabonisowi i drużynie Litwini widzą już, że można pokonać Wielkiego Brata. To rok 1987, pieriestrojka się rozkręca, pokonanie klubu Armii Radzickiej staje się większym symbolem niż jeszcze rok-dwa temu. Miliony Litwinów odzyskują godność, triumfują, to krzyczenie na tysiące gardeł haseł o pokonaniu Moskwy, te ogromne uliczne fety po zwycięstwach, to wspieranie narodowej sprawy – to wszystko ich ośmieli, Žalgiris zmieni ich w przodowników i przodownice pieriestrojki”.

Ten, według niektórych, najlepszy mecz radzieckiej ligi koszykówki był jednym z niezapomnianych motorów zmian na Litwie i w całym pasie państw bałtyckich, które po 1989 roku odzyskały suwerenność. Chyba nie będzie w tym przesady, gdy napisze się, że ekipa Sabonisa i spółki walnie przyczyniła się do niepodległości Litwy.

Žalgiris to, jak już wspomniano, najbardziej utytułowany klub na Litwie. 20 razy zdobywał mistrzostwo swojego kraju. W sezonie 1998/99 kownianie sięgnęli po triumf w Eurolidze. A nasz bohater Arvydas Sabonis? Oczywiście trafił do NBA, choć bardzo późno, bo wieku 30 lat i w już nie najlepszym zdrowiu. Ostatecznie jednak przez siedem sezonów z powodzeniem występował w Portland Trail Blazers, by w 2004 roku jako spełniony koszykarz zakończyć karierę w swoim ukochanym, macierzystym klubie. Ale na Arvydasie historia Sabonisów w NBA się nie zakończyła. W sierpniu 2016 kontrakt z Oklahomą City Thunder podpisał, urodzony w Portland, syn – Domantas Sabonis. 22-latek w tej chwili jest jednym z liderów Indiany Pacers.

Jacek Hafka