Rozmowa z Kibicem: Powrót na Stadion Śląski

Powrót na Stadion Śląski wzbudził wiele emocji – po dziewięciu latach komplet publiczności na trybunach miał nadzieję obejrzeć dobry spektakl. Polacy nie zawiedli – dreszczowiec 3:2 być może pozostawia trochę do życzenia pod kątem przygotowania do Mistrzostw Świata w Rosji, natomiast zgromadzeni fani na pewno nie mogli narzekać na brak emocji. Jedną z takich osób był Szymon Błoński, który opowiedział nam o powrocie na jedną z najbardziej zasłużonych dla polskiej piłki aren.

Miałeś okazję kilkukrotnie oglądać spotkania na Stadionie Śląskim – które z nich najbardziej zapadło Ci w pamięci?

Zdecydowanie Polska – Portugalia. To jeden z lepszych meczów naszej kadry w XXI wieku. Kiedy przystępowaliśmy do niego, nikt z nas specjalnie nie wierzył, że wygramy to spotkanie, bo w końcu mierzyliśmy się z czwartą drużyną na świecie. Z ich składu pamiętam, na pewno, Deco oraz Cristiano Ronaldo – to był 2006 rok, więc ten drugi nie był jeszcze na takim poziomie, jak teraz, ale na pewno była to już klasa światowa. Dosyć szybko strzeliliśmy te dwa gole, to było chyba dwadzieścia albo dwadzieścia pięć minut. Po chwili mogliśmy trafić po raz trzeci – nikt z nas nie wiedział za bardzo, co się dzieje.

Jak wyglądała kwestia trybun – czy rzeczywiście było czuć ten słynny „Kocioł Czarownic”?

Wtedy faktycznie tak– w ogóle miałem wrażenie, że w tamtym czasie Śląski wyróżniał się jakością dopingu wśród innych stadionów. Teraz jest trochę inaczej – gdziekolwiek kadra przyjedzie może liczyć na podobne wsparcie. Te kilka lat temu miałem wrażenie, że jest po prostu tutaj głośniej i bardziej żywo. Nie mieliśmy jeszcze tylu stadionów, więc na pewno w pewnym stopniu, mieliśmy przewagę. Przyjazd tutaj zawsze gwarantował emocje – wszystko żyło dzięki swojej historii, szczególnie tej z lat 70.

Mija prawie dekada od wspomnianych przez Ciebie wydarzeń, przyjeżdżasz na stadion przed meczem z Koreą – jakie zmiany najbardziej rzuciły Ci się w oczy?

Wiadomo – wszystko zmieniło się niemal nie do poznania. Zaczynając od kolorystyki, poprzez krzesełka, aż po liczbę miejsc na trybunach. Na pewno nie jest tak wygodny do oglądania, jak stadiony budowane pod piłkę nożną, na przykład taki Narodowy.

To powiedz trochę o tej widoczności – jak wyglądało to z Twojej perspektywy na trybunach?

Tak się złożyło, że mieliśmy miejsca za jedną z bramek, więc są te o znacznie gorszej widoczności, ale nie było też tak, że piłka zupełnie mi uciekała. I tak lepiej niż się spodziewałem. Jednak bieżnia robi swoje w tej kwestii, ale nie było tak źle. Trochę przy bramce Grosika miałem wątpliwości, czy ta piłka wpadła, ale wszystko wynagrodziła możliwość obejrzenia trafienia Piotrka Zielińskiego – to zrekompensowało wszelkie utrudnienia (śmiech).

Czas zatem zapytać o najważniejszą kwestię – czy po dziewięciu latach „Kocioł Czarownic” nie wyszedł z formy? Wiem, że to mecz towarzyski, ale na pewno coś działo się trybunach.

Mieliśmy to szczęście, że byliśmy obok takiej grupy dosyć żywej – fajnie, bo można się było do nich dołączyć i kibicować. Wiadomo, standardowe przyśpiewki. Jednak widać było, że to mecz towarzyski, bo w drugiej połowie ten doping trochę osiadł – nie wiem, czy też to zauważyłeś?

Wiem, o co Ci chodzi. Podobnie było na Czarnogórze – po prostu jak nasi prowadzą, gdzieś to wsparcie kibiców trochę ucicha i trzeba ich ożywić straconymi bramkami. Dopiero przy 2:2 wszyscy się obudzili i patrzyli, co się na tym boisku wyrabia.

Tu coś podobnego. Pierwsze dwadzieścia pięć minut byliśmy wkurzeni konstruowanymi akcjami – to było takie nieskładne no i było słabo. Ale tak od trzydziestej minuty do końca pierwszej połowy sporo się już działo. Po przerwie też było całkiem nieźle, koło siedemdziesiątej minuty odśpiewaliśmy hymn, było parę przyśpiewek motywujących, ale wiadomo, najwięcej szumu było po tych straconych bramkach. Srogie słowa leciały….Przy golu Zielińskiego za to pobiliśmy rekord decybeli, o czym poinformował nas spiker – tam chyba udało nam się dobić do 104.

Zobaczyć taką bramkę z bliska to musiało być coś….

No powiem Ci, to było super. Skakałem, krzyczałem, wszyscy ożywili się na trybunach. Trochę osób wychodziło, ale sporo zostało do końca.

Lepiej niż na meczu z Portugalią?

Inaczej. Wiesz, to był jednak mecz towarzyski, a tam graliśmy o punkty. Młyn był cały czas. Tutaj jak powiedziałem, były różne momenty i widać było, że to zupełnie inna ranga meczu.

No właśnie – czy takie mecze, jak ten z Koreą, nie pokazują, że trochę krzywdzące jest monopolizowanie Warszawy w kontekście rozgrywania meczów eliminacyjnych? Są inne miejsca na piłkarskiej mapie Polski, które bardzo chętnie obejrzałyby mecze o punkty.

Sam nie wiem. W domu obejrzałem sobie jeszcze skrót z tego meczu i widać było różnicę w oglądaniu. Jednak bieżnia trochę przeszkadza i rozumiem ludzi, którzy nie są fanami rozgrywania grania o punkty na Śląskim. Na transmisjach nie wychodzi to za dobrze. Jak jesteś na stadionie to raczej wszystko jest w porządku. Wystarczyłyby tutaj spotkania towarzyskie czy w jakiejś Lidze Narodów – raz czy dwa razy do roku w zupełności mi wystarczy. Myślę, że ludziom by to odpowiadało. To nie jest też obiekt idealny do tego typu spotkań.

Pod jakim względem? Infrastruktury?

Bardziej chodzi mi o to, że nie jest to jednak dla wszystkich wygodne pod względem logistycznym. Warszawa jest położona w miarę centralnie – myślę, że tam powinno się to wszystko odbywać.

Ale gdyby PZPN ogłosił, że od dzisiaj Stadion Śląski przejmuje rolę Narodowego, to byś się nie obraził?

Nie no, pewnie, że nie – ale to mało prawdopodobne (śmiech). Warszawa jest wszystkim na rękę – wygodniejsza dla osób z Północy, my też wsiadamy w pociąg i jesteśmy już po trzech godzinach w stolicy. Dla niektórych dojechać tutaj byłoby sporym wyzwaniem logistycznym.

Trochę zaskoczyłeś mnie tym stanowiskiem…Niemniej dziękuję Ci za rozmowę!

Dzięki wielkie!

 

Rozmawiał: Karol Czyżewski