Kolejne kraje kupują prawa do transmisji Ekstraklasy: nie przestraszą się?

Doprowadzenie do stosunkowo szybkiego wznowienia sezonu niesie za sobą wiele niebezpieczeństw, ale ma także bardzo mocną zaletę. Oto bowiem rozgrywki, które zdecydują się na wcześniejszy powrót, mogą wypromować się w miejscach dotąd nieznanych. Właśnie tą drogą próbuje podążyć nasza PKO Ekstraklasa.

„Kto bogatemu zabroni?” – można skwitować podpisaną przez Norwegów z władzami naszej ligi umowę. Zdaniem Przeglądu Sportowego przedstawiciele właśnie tego państwa wykazali zainteresowanie krajowymi zmaganiami i za sprawą stosownej umowy umożliwią ich pokazywanie za pośrednictwem dwóch serwisów internetowych. Dzięki Nettavisen.no oraz Direktesport.no fani ze Skandynawii będą mogli przekonać się w praktyce, jak poziom polskiej ligi ma się do Eliteserien: na start tamtejszych zmagań kibicom przyjdzie czekać kibicom bowiem aż do 16 czerwca, stąd pomysł, aby powstałą lukę wypełnić kochaną przez nas ekstraklasą.

Patrząc na opracowany terminarz oraz skrzętną politykę władz ligi, które zgodzą się na wszystko by zaspokoić telewizyjnych nadawców: krajowa elita to wręcz idealny produkt pod kątem transmisji sportowych. Abstrahując od samego poziomu czy potencjalnej jakości poszczególnych potyczek – ważną rolę w takim jej postrzeganiu stanowią ustalone pory poszczególnych spotkań. Przez lata przyzwyczailiśmy się do tego, że (poza decydującymi kolejkami) każde spotkanie można w całości obejrzeć indywidualnie bez obawy, iż przez moment wejdzie ono w kolizję z następną, zaplanowaną konfrontacją. Plus takiego stanu rzeczy stanowi fakt, że telewizyjny kibic jest w stanie przez cały weekend swobodnie obejrzeć wszystkie mecze danej kolejki PKO Ekstraklasy (powinny być za to jakieś dodatki finansowe). Niewątpliwy minus stanowi sytuacja, w której niektórym drużynom przysługiwały zdecydowanie gorsze godziny rozgrywania meczów, co później przekładało się na mizerną frekwencję na trybunach. W obecnej sytuacji ten zarzut należy jednak odrzucić, bo najprawdopodobniej do końca sezonu zawodnicy polskiej ligi będą musieli radzić sobie na boisku bez wsparcia płynącego z trybun. A to oznacza, że PKO Ekstraklasa będzie musiała się bronić tylko i wyłącznie jakością piłkarską. A ta dla telewizyjnych turystów może być czymś, o czym nie śnili nawet w najgorszych koszmarach.

Próbując natomiast powstrzymać wrodzoną złośliwość wobec krajowych rozgrywek, należy przyznać jedno: grzechem byłoby takiej sytuacji nie wykorzystać. Doskonale pamiętamy, jak na Starym Kontynencie początkowo sprzedawała się liga białoruska. Rozgrywki Wyszejszaja Lihi, w pewnym momencie, stanowiły jedynie grające na żywo zmagania piłkarskie w Europie. Przeciętny kibic zmęczony nową rzeczywistością narzuconą przez pandemię koronawirusa sięgał po prawdziwie desperacki krok i decydował się śledzić, jak w nowym sezonie spiszą się ekipy pokroju BATE Borysów, Szachciora Soligorsk czy Dynama Mińsk. Smutną prawdą jest, że kalkulacja tamtejszych władz w stu procentach zakładała właśnie taki scenariusz, co przełożyło się na dodatkowe zbycie praw do transmisji krajom pokroju Rosji czy Izraela. W końcu na bezrybiu i rak ryba.

Skrajnie nieodpowiedzialnym byłoby jednak porównywanie działań władz PKO Ekstraklasy do funkcjonowania białoruskiego reżimu. Przedstawiciele naszych rozgrywek opracowali wszak bardzo rozbudowany plan powrotu do normalności, który rozpoczął się od przetestowania na obecność koronawirusa wszystkich osób potrzebnych do wznowienia zakończonego na początku marca sezonu. Choć początkowo ewentualnym wynikom badań towarzyszyło spore zamieszanie, wszystko przebiegło pomyślnie i wygląda na to, że już pod koniec maja ligowcy powrócą do akcji. Dlaczego zatem nie zebrać należnego zysku i nie spróbować wypromować krajowych zmagań w jak największej liczbie krajów? Pomimo, że nasza liga zdecydowanie odstaje poziomem od najlepszych lig zagranicznych: w porównaniu do grania w Norwegii naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Obawiamy się, że drugiej tak znakomitej okazji na zainteresowanie innych miejsc na świecie PKO Ekstraklasą nie będzie,  dlatego z obecnego stanu rzeczy należy wycisnąć absolutnie maksimum korzyści. Przed każdym spotkaniem warto byłoby jedynie wyświetlać stosownie przetłumaczony komunikat o treści: „oglądasz na własne ryzyko”.