Coś niesamowitego!

Kolejna (nie)ludzka bariera w sporcie przełamana: Eliud Kipchoge przebiegł maraton w morderczym tempie, schodząc poniżej dwóch godzin. W Wiedniu uzyskał wynik 1:59:40, który od dziś jest nieoficjalnym rekordem świata. Mocno wierzymy w to, że Kenijczyk niczym szczególnym – poza m.in. ponoć najlepszymi szwedzkimi izotonikami – się nie wspomagał.

Wynik Kipchoge’a to coś absolutnie wyjątkowego. Trzeba niewyobrażalnego wysiłku, znakomicie przygotowanego, „wyżyłowanego” do granic organizmu, by podołać tempu (2:50!), które dało mu sławę pierwszego biegacza łamiącego granicę 2 godzin w maratonie, czyli – dla przypomnienia – na dystansie 42 kilometrów i 195 metrów. To zresztą nie pierwszy raz, gdy Kipchoge próbował tego dokonać, lecz dwa lata temu ta sztuka na torze Monza, znanym z Formuły 1, zakończyła się fiaskiem. Teraz to się udało, ale też cała otoczka była inna. Dla niektórych – mocno kontrowersyjna.

Dlaczego wspaniały rezultat Kipchoge’a nie jest oficjalnym rekordem świata? M.in. dlatego, że co 5-10 km zmieniali się jego, absolutnie najlepsi na świecie, pacemakerzy (np. Farah, Lagat, Centrowitz), którzy nadawali mu odpowiednie tempo i dodatkowo ochraniali od wiatru. Generalnie wszystko na wiedeńskiej trasie było „sterylne” – Kenijczyk nie musiał – jak przy zwykłym maratonie – podbiegać do stoiska z napojami, dostarczali mu je rowerzyści. Przed sobą widział specjalne auto z laserem, wskazujące mu tempo do pobiegnięcia poniżej 2 godzin, na sobie zaś miał wyjątkowe buty od Nike ze specjalnym włóknem węglowym w środku. I to właśnie amerykański koncern, główny sponsor Kipchoge’a, jest źródłem sporych kontrowersji. Dlaczego? Rzecz jasna, przez doping.

Ponad tydzień temu świat lekkiej atletyki obiegła kolejna wstrząsająca informacja z „koksem” w tle. Na 4 lata bowiem zdyskwalifikowano głównego szefa Nike Oregon Project, Alberto Salazara (na zdjęciu powyżej). 61-latek miał, we współpracy z endokrynologiem Jeffreyem Brownem, stosować bardzo dziwne metody treningowe, podczas których gwiazdy biegów, trafiające pod ich skrzydła, miały dowiadywać się, że trapi ich astma i kłopoty z tarczycą… Proceder trwał latami, projekt zaczął chwiać się w posadach mniej więcej od 2013 roku, teraz został oficjalnie wygaszony. „Chociaż panel antydopingowy uznał, że nie było przypadku zorganizowanego dopingu, nie udowodniono zażywania leków podnoszących wydolność w obrębie Oregon Project, co wskazuje, że Alberto zachował wszystkie wymagane reguły, to nie może on już dłużej kierować grupą, choć jego odwołanie od wyroku jest w trakcie rozpatrywania” – napisał szef Nike, Mark Parker. Bujda na resorach. Parker, co potwierdziło śledztwo USADA, doskonale wiedział o podpadających pod doping eksperymentach Salazara, ale nie zamierzał ich przerywać.

Czarne, dopingowe chmury nadciągnęły zresztą także na samych Kenijczyków, rodaków Kipchoge’ a, bo np. zdyskwalifikowano mistrzynię olimpijską w maratonie z Rio, Jelagat Sumgong, czy Asbela Kipropa, rywalizującego na 1500 metrów. Coraz więcej dowodów, dzięki niemieckim dziennikarzom ARD, sugeruje, że w Kenii odbywał się ten sam proceder kryjący dopingowiczów, co w Rosji… Czy wobec tych faktów można wierzyć w krystaliczną czystość Kipchoge’a?

Może to zabrzmi skrajnie naiwnie, może jeszcze jesteśmy idealistami, ale tak. Wierzymy, że dzisiejszy wyczyn Kenijczyka odbył się bez obrzydliwych wspomagaczy, bez EPO i tym podobnych. Chcę pokazać następnemu pokoleniu, że można wygrywać, biegając na czysto. Nie umiałbym stanąć przed dziećmi z całego świata i mówić im, by kochały sport, gdybym był nie porządku. Byłbym zniszczony, gdyby one mi kiedyś powiedziały: „Oszukałeś, poszedłeś na skróty”” – powiedział w jednym z wywiadów (cytat za sport.pl).

Cholera, wierzymy mu, choć jednocześnie stoimy na stanowisku, że w tym biznesie nie ma „świętych krów” i sprawdzać pod kątem dopingu trzeba każdego. Ale już dość o tym brudzie. Dzisiaj po prostu cieszmy się z rewelacyjnego wyniku Kipchoge’a!