Ależ sztosiwo z tego „Last Dance”! Jordan zabrał nas ponownie w inny wymiar

Oglądacie „Last Dance”? Świat oszalał na punkcie najnowszej sportowej produkcji na Netflixie. Ostatni taniec przypomina losy najwybitniejszego koszykarza w historii, Michaela Jordana. Pokazuje, jaką drogę należy przebyć, aby przejść do chwały i do końca życia zasługiwać na szacunek całego świata.

Prawdę powiedziawszy ani razu nie natknęliśmy się na negatywny komentarz na temat tego serialu, co w dobie dzisiejszego marudzenia i szukania na siłę wad tam, gdzie ich nie ma, wydaje się niewiarygodne. „Last Dance” to produkcja znakomita, rozręcająca się z każdym odcinkiem i wchłaniająca odbiorcę do swojego odbiornika. Losy Jordana, mimo że wielu osobom znane od dawien dawna, znowu przypominają, jakimi wartościami w życiu kierował się najwybitniejszy… może nawet sportowiec na świecie w historii?

Nie chcemy tworzyć rankingów i wybierać tych, którzy w zupełnie różnych od siebie dyscyplinach sportowych są lepsi od swoich kolegów. Po sześciu odcinkach serialu wielu jest takich widzów, który wahając się nad ewentualnym wyborem, zdecydowałoby się na Jordana, który zmienił kilka dekad temu koszykarską rzeczywistość i do dziś jest traktowany przez wszystkich jak wzór, którego nie da się odtworzyć.

Ambicja. To chyba słowo, którym Jordana najszybciej i najtrafniej można scharakteryzować. Później dojdzie sfokusowanie tylko na wynik sportowy, pełne poświęcenie, wewnętrzna dyscyplina, oddanie. To wszystko, co każdy sportowiec – czy skoczek narciarski, siatkarz, pięściarz czy pływak – musi łączyć z wykonywaniem swojego zawodu. Wyjścia na imprezy i nocny tryb życia? Nie, to zdecydowanie nie pomaga wybitnym jednostkom. Radość po wygraniu pojedynczego meczu? Rzadko kiedy, przecież po każdej partii jest jutro, gdy znów można przegrać. Zgodność z odmiennymi poglądami, które mają przybliżyć do sukcesu? Tylko wtedy, gdy trafiają w samo sedno problemu. Wyjątkowe postaci wiedzą, co powinno doprowadzić ich na szczyt. Zbierają porady najmądrzejszych osób w otoczeniu i wrzucają je do sitka w głowie, które zostawia tylko nieliczne z nich. Te poddawane są weryfikacji i podpowiadają, co należy zrobić, aby sięgnąć gwiazd.

Jordana można było nie lubić. Jordan miał to jednak w nosie – on chciał być legendą. Nie chciał być jednym z wielu, nie chciał raz wygrać, później przegrać i znowu cieszyć się ze zwycięstwa. On chciał wygrywać zawsze. Z wszystkimi. Wymagał od siebie tego, aby codziennie być gotowym na wielkie wyzwania. Wymagał od innych, aby nie przechodzili obojętnie obok tego, co stanowi sens ich życia. Zarażał optymizmem, zaangażowaniem, pracowitością, profesjonalizmem i pasją. Nie wyobrażał sobie dzielić szatni z kimś, kto sport traktuje jako sposób na zarabianie pieniędzy i drogę do zdobycia popularności.

Jednostki wybitne mają ciężko, bo niewiele osób potrafi ich zrozumieć. Jordan momentami w „Last Dance” również był sam – sam walczył ze swoimi przemyśleniami. Ważne w tym wszystkim jest jedno – nawet przez moment nie zwątpił, że zmierza w dobrym kierunku. Wiedział, czego chce i wiedział, że na pewno to osiągnie. Nie patrzył na innych, nie polegał na kolegach, którzy mieli odwalić za niego dobrą robotę. Wymagał najwięcej od siebie i cały czas podkreślał, że chce wygrywać. Obojętnie jak sprawić rywalowi ból. Doprowdzić do momentu, w którym będzie mógł być z siebie dumny, że udało mu się osiągnąć to, co wcześniej bardzo dokładnie zaplanował.

Dawać już te kolejne odcinki!