Poł miliarda wydane w 4 lata i dno tabeli. Co w Evertonie robią nie tak?

Po sromotnej klęsce w derbach z Liverpoolem 2-5 Everton osunął się do strefy spadkowej, a perspektywy na najbliższe tygodnie są beznadziejne, bo pogrążonych w kryzysie The Toffees czeka teraz seria spotkań z potentatami. Jak to się stało, że zespół, który jeszcze niedawno pukał do drzwi TOP4, po wydaniu w krótkim czasie ponad 500 milionów euro*, znalazł się na dnie?

Można wskazać trzy główne przyczyny, które są ze sobą ściśle powiązane.

Przyczyna nr 1 – Dobór szkoleniowców

Wybór Sama Allardyce’a można obronić przymusowym położeniem władz klubu oraz przyzwoitymi wynikami zespołu pod wodzą tego szkoleniowca. Z całą pewnością jednak, Anglik – wyznawca rzemieślniczej, prymitywnej i opartej na defensywie filozofii futbolowej – nie pchnął drużyny ani poszczególnych piłkarzy na wyższy poziom. Tak samo jak szkoleniowiec tymczasowy David Unsworth, który na skutek zawirowań na stołku trenerskim dwukrotnie w ostatnich latach obejmował stery w pierwszej drużynie.

Prawdziwą katastrofą okazało się jednak zatrudnienie Marco Silvy. Trudno powiedzieć, czym Portugalczyk urzekł dyrektorów z Liverpoolu – może się on pochwalić przecież jedynie kilkoma niezłymi miesiącami w Watfordzie, po których został zwolniony przez ekscentrycznych właścicieli oraz ciekawym okresem w Hull City, które pod jego wodzą ostatecznie jednak spadło z ligi… Oprócz tego jego życiorys jest ubogi jak CV przeciętnego studenta, bo poza „chęcią rozwoju” i „umiejętnością pracy w grupie” są tam tylko krótkie okresy pracy w Pireusie i Lizbonie oraz 3 lata w ojczystym Estoril.

Silvie powierzono tymczasem arcyciekawą grupę piłkarzy z dużym potencjałem, ale też poważną misję w trudnym miejscu pracy, gdzie wymagania są bardzo wysokie. Jak się skończyło, wiemy doskonale – pytanie, kto teraz odważy się objąć drużynę będącą w tak poważnym dołku.

Przyczyna nr 2 – brak filozofii i jasnego celu

Trudno jasno określić, w co mierzą The Toffees w każdym kolejnym sezonie: TOP6, TOP4? Czasami wystarczy stwierdzenie: „wygrać każdy kolejny mecz”, a reszta idzie sama, pojawiają się wyniki i sukcesy, jak choćby w Leicester. W niebieskiej części Merseyside nie idzie jednak nic, a klub miota się w różnych kierunkach, chaotycznie poszukując rozwiązań. W takich sytuacjach psychologowie sportu zalecają jedno – precyzyjnie określić jaki jest nasz cel. TOP6? Ok, kiedy: teraz, w przyszłym sezonie, za dwa? Dopiero kiedy odpowiesz na te pytania, możesz w spokoju podejmować decyzje, mając przed sobą jasną wizję przyszłości.

Podobnie jest z klubową filozofią. Kiedy Ajax Amsterdam wpadł w kryzys, władze klubu, zamiast chaotycznie wydawać pieniądze, jak to czynią na Goodison Park, wcisnęły hamulec ręczny i w spokoju, jasno nakreśliły sposób działania na następne lata. Określono nawet to, w jaki sposób ma grać zespół, a co za tym idzie – jak kształcić młodzież w akademii i jakich piłkarzy sprowadzać do klubu. Wspaniałe efekty widzieliśmy choćby w ubiegłym sezonie Champions League.

Jaki styl ma prezentować Everton? Na jakich piłkarzach się opierać? To pytania bez odpowiedzi, klub sprowadza zawodników (i trenerów) z najróżniejszych bajek: od techników z Barcelony, jak Lucas Digne czy Andre Gomes po solidnych wyrobników z Burnley w osobie Michaela Keane’a. Nie wiadomo też, czy liderami zespołu mają być rodzimi gracze, których w kadrze zawsze jest kilku, czy sprowadzani w ogromnych ilościach stranieri. W niektórych miejscach Europy taka polityka się sprawdza, ale w drużynie The Toffees od kilku lat zdecydowanie nie – to powinno stanowić bodziec do zmian.

Przyczyna nr 3 – seria nietrafionych transferów.

Davy Klaasen – 27 milionów euro, Michael Keane – 28,5 miliona, Theo Walcott i Cenk Tosun – po 22,5 miliona… Listę można wydłużać, bo nieudanych strzałów na rynku transferowym władze klubu z Goodison Park oddały w minionych czterech latach mnóstwo, co tłumaczy, gdzie podziało się wspomniane na wstępie pół miliarda euro.

Wspomniana grupa piłkarzy to przypadki skrajne. Dość powiedzieć, że pierwszy z wymienionych graczy żadnego ze swoich 7 meczów w Premier League nie rozegrał w pełnym wymiarze, a najdłużej „wytrzymał” na murawie 60 minut. Można się jednak przyczepić także do innych wydatków Evertonu z minionych okienek: czy 28-letni Sigurdsson faktycznie był wart grube 50 milionów euro, a Yerri Mina 30? Póki co klapą są także letnie posunięcia, choć jest jeszcze za wcześnie, by na młodych Keana, Iwobiego i Gbamina (którzy kosztowali łącznie ponad 80 milionów euro) wydawać wyroki.

Jasne, kluby Premier League na rynku nie mają łatwo, bo kontrahenci doskonale znają ich możliwości finansowe i nie są skorzy do schodzenia z ceny. Mimo wszystko, wydaje się, że tak ogromne kwoty można było zainwestować lepiej.

*wszystkie kwoty za transfermarkt.de