Ustawka z Patrykiem Szymańskim: „Szeremeta ma jakiś kompleks na tle Szymańskiego”

  • Redakcja

Jak się odnajdujesz w Warszawie?

Pierwsze dwa – trzy tygodnie to była organizacja pracy. Trzeba było wszystko zaplanować i poukładać. Teraz mam za sobą już szósty tydzień z trenerem Gmitrukiem i wszystko idzie dobrze.

Dlaczego zdecydowałeś się na współpracę z Andrzejem Gmitrukiem?

Pomysł na współpracę z tym szkoleniowcem kiełkował u mnie już od dłuższego czasu. Po raz pierwszy pomyślałem o tym, jak trenowałem z Maćkiem Sulęckim na Florydzie. On bardzo chwalił trenera Gmitruka. A ostatecznie doszło do naszej współpracy po spotkaniu mojego menadżera z Andrzejem Wasilewskim. I to właśnie mój promotor zainicjował podjęcie pracy z Andrzejem Gmitrukiem.

Jak oceniasz atmosferę, jaka panuje na waszej sali treningowej?

To jest taki troszeczkę amerykański styl. Ja przywykłem do takiej atmosfery. Nie ukrywam, że byłem z trenerem Łapinem dwa tygodnie na obozie i nie odpowiadała mi atmosfera około treningowa. Nie mam tu na myśli warsztatu trenerskiego, ale tego, jakie zasady tam panowały. Boks zawodowy to moja praca i do każdego treningu podchodzę na 100%. Dodatkowa atmosfera reżimu obciąża tylko głowę.

Jak oceniasz potrzebę współpracy z mediami podczas kariery zawodowej?

Uważam, że media są bardzo ważne. Chciałbym tylko, żeby nie było przerostu formy nad treścią, czyli żeby aktywność medialna nie była większa niż ta w ringu. Czasami się zdarza, że zawodnik sportowo jest niżej, a medialnie bardzo wysoko i odwrotnie. Tym drugim przykładem jest Krzysiek Głowacki, który jako mistrz świata nie wykorzystał medialnie swoich pięciu minut. Każdy z pięściarzy poświęca się swojej pracy na 100%. Nie mamy z tego emerytury, dlatego też momenty największych sukcesów sportowych trzeba wykorzystywać medialnie na maksa.

Swego czasu w mediach ostro wypowiadał się na Twój temat Kamil Szeremeta. Skąd się wzięła jego niechęć do Twojej osoby?

Nie mam pojęcia. Myślę, że on ma jakiś kompleks na tle Szymańskiego, ponieważ w amatorstwie chciał raz wielce udowodnić, że mnie zbije, a wygrałem jednogłośnie na punkty. Ja byłem wtedy młodziutkim seniorem, a on był wielce doświadczonym zawodnikiem i nawet mnie nie dotknął przez trzy rundy. Sportowo nie był w stanie mi nic zrobić, to chciał się chociaż zrewanżować medialne. Wiem, że on teraz zdobył tytuł mistrza Europy i gratuluje mu. Nasze drogi się trochę rozbiegły, ale jakbym dostał propozycję, to zgodzę się na kolejną walkę z nim.

I też uważasz, żeby Ciebie nawet nie dotknął? Zrobił olbrzymi postęp u trenera Łapina…

Tak, ale myślę, że jest cały czas ten sam wolny, jednowymiarowy Szeremeta, więc nie widzę jakiegoś zagrożenia z jego strony. On cały czas ma problem z tą porażką na amatorstwie. Nie wiem ile w tym prawdy, ale od jednego redaktora usłyszałem, że chwilę przed naszą walką udzielił wywiadu, że pokona Szymańskiego bez problemu. Po porażce prosił tego dziennikarza, żeby ta rozmowa nie ujrzała światła dziennego.  I tak też się stało.

Tobie często koledzy po fachu zarzucali to, że nie jesteś z biednego domu…

Tak. Bardzo często się z tym spotykałem. Tylko to wszystko jest głupota. Zacznijmy od tego, że nie miałem wpływu, w jakim domu się urodziłem i wychowywałem. A poza tym, mój dom nie był bogaty, tylko to była normalna, żyjąca na średnim poziomie rodzina. Z tym, że mój ojciec był bardzo zaangażowany w moją karierę. Podejrzewam, że wolałby nie zjeść, a wydać te pieniądze na wszystkie odżywki, sprzęt i suplementy dla mnie. Zarzucali mi też, że jako, że mój ojciec był też moim pierwszym trenerem, to załatwiał mi korzystne werdykty walk. O ile jeszcze mogli tak myśleć, bo w Polsce mógł kogoś znać, choć to kompletna bzdura, to jak wygrywałem pojedynki w USA, to niby na kogo miał on tam wpływ? To jest właśnie ten kompleks Szymańskiego. Ciągłe pretensje do mnie o to, że nie jestem z patologicznego domu i nie zaznałem biedy. Moja siostra była delikatnie poszkodowana, ponieważ uwaga rodziców skupiała się na mnie, a to z tego powodu, że spełniałem marzenia mojego ojca.

A ten problem z tym, że jesteś z bogatego domu z czego się wziął? Ty jakoś się obnosiłeś z tym?

Nie. Przypuszczam, że im chodziło o to, że zawsze miałem sprzęt do treningu,  rękawice, a jak jechałem na obóz, to miałem pieniądze, żeby sobie kupić odpowiednie odżywki, a nie prosić się trenerów. Tata wiedział, że to jest niezbędne, dlatego mi pomagał. Jakbym przyszedł do niego i powiedział, żeby mi kupił samochód, to na pewno by tego nie zrobił. Natomiast jakbym poprosił o nowe rękawice, to pomógłby mi bez mrugnięcia okiem.

A czułeś się wykluczony w środowisku?

Nie. Nigdy mi nikt tego prosto w twarz nie powiedział. Dowiadywałem się od kogoś innego, albo z mediów. Mój kolega Kamil Gardzielik przyznał mi po latach, że wiele osób miało kiedyś do mnie żal, ale z wiekiem zrozumiał, jakie to było głupie. To jest na zasadzie, że jedno dziecko jest zazdrosne, bo drugie ma lepszą zabawkę. Tak to odbierałem. Nigdy jednak nie brałem tego do siebie i cała ta sytuacja bardzo wzmocniła mnie psychicznie. Przed każdą walką miałem wielką presję, bo większość tylko czekała, żeby ten Szymański przegrał. Jednak w zdecydowanej większości walk ten „synuś tatusia z dobrego domu” unosił rękę ku górze w geście zwycięstwa.

W ostatnim czasie sporo narzekałeś w mediach na kontakty z promotorem. Czy teraz już wszystko jest w porządku?

Myślę, że ruszyło się to w dobrą stronę. Mój menadżer Marcin Kurzawa prowadzi te rozmowy i potrafi się lepiej dogadać niż ja. Pan Andrzej Wasilewski pomógł mi nawiązać współpracę z trenerem Gmitrukiem i zobowiązał się, że stoczę jeszcze dwa pojedynki w tym roku. Wiem po co trenuję i czekam z niecierpliwością, aż wejdę miedzy liny.

Walki w Polsce?

Tak. Raczej zaboksuję na galach w naszym kraju. Chciałbym dobrego rywala, który nie przewraca się sam w ringu. Naprawdę wolę mniej zarobić, a stoczyć pojedynek z kimś, kto da mi opór w ringu, niż szybko znokautować jakiegoś „buma”. To jest mój zawód i z tego się utrzymuję, jednak mam przeświadczenie, że należy coś od siebie dać, żeby potem osiągnąć zamierzone cele. Nie interesuje mnie rewanż z Villalobosem. Byłem wtedy w katastrofalnej formie. To słaby pięściarz, którego powinienem w normalnej dyspozycji znokautować do 4 rundy. Chcę kogoś lepszego i na to liczę.

Miałeś trenerów, którzy trenowali gwiazdy światowych ringów i czasami brakowało im czasu dla Ciebie. Trener Gmitruk też pracuje z coraz większą grupą pięściarzy. Nie boisz się, że spotka ciebie to, co Mateusza Masternaka przed galą Polsat Boxing Night, kiedy to trener Gmitruk wyjechał na walkę z Maciejem Sulęckim do USA?

Tak to już jest niestety skonstruowane. Jak jest dobry szkoleniowiec, to ma kilku zawodników, bo z jednego, to by się nie utrzymał. Ja czerpię korzyści z tego, że trenuję z Maćkiem Sulęckim i mogę się przy nim rozwijać. Mamy prawie wszyscy jednego promotora i liczę, że będzie on starannie planować nasze starty.

Sporą cześć swoich przygotowań spędziłeś w USA. Jakbyś opisał swoje życie w Stanach Zjednoczonych?

Ciężka praca. To było dla mnie zawsze trudne i wymagało silnej psychiki. Jak było nas kilku, to było całkiem przyjemnie. Natomiast jak sam trenowałem na Florydzie, to nie było mi łatwo. A dzień tam wyglądał mniej więcej tak, że wstawałem o szóstej rano i biegałem. To był taki rozruch bardziej. Potem jadłem śniadanie i rozmawiałem z rodziną wykorzystując różnicę czasu. Chwilę potem rozpoczynałem trening od przygotowania fizycznego. Dalej również standardowo czyli obiad, drzemka i kolejny trening. Tak naprawdę to trenowałem, a poza tym spędzałem czas korzystając z internetu i rozmawiając z rodziną i dziewczyną.

Jaka jest różnica pomiędzy treningami w USA, a w Polsce?

Jest tylko jedna. Sparingpartnerzy. Tam jest bardzo wielu zawodników, których nawet się nie kojarzy, a jak wejdą z tobą do ringu, to dają z siebie 110 %. W Polsce tego nie mamy i pewnie nie będziemy nigdy mieć. Oczywiście, można sprowadzać każdego zawodnika na sparingi do Polski, ale to wymagałoby od promotorów sporych nakładów finansowych.

A jak spędzasz czas między walkami?

Lubię wyskoczyć na squasha z kolegą, pobiegać, spędzić czas z dziewczyną i rodziną. Uwielbiam podróżować i  zajadać się potrawami z kuchni włoskiej. Włochy to generalnie jeden z moich ulubionych kierunków. Rzym to jest miasto, w którym mógłbym zamieszkać po zakończeniu sportowej kariery. Ameryka zdecydowanie odpada.

Jeśli wszystko ułoży się po Twojej myśli, to kiedy uważasz, że byłbyś gotowy na walkę o tytuł mistrza świata?

Jeśli ta współpraca z trenerem Gmitrukiem będzie wyglądała tak jak teraz, to chciałbym żeby do takiej walki doszło maksymalnie za dwa lata. Cały czas mi powtarzają wszyscy, że jestem młody i mam czas. Nieprawda! Ja mam już 25 lat. Tylko w Polsce jest takie myślenie. Chce się sprawdzić w ringu z najlepszymi.

Myślałeś już czym będziesz się zajmować po karierze?

Na pewno będę związany ze sportem. Trenuje od czwartego roku życia, a sam boks od dziewiątego.

Jak wspominasz ten pierwszy pojedynek?

To była bardzo spontaniczna decyzja. W Koninie był turniej i mój tata przyjechał do domu po ważeniu, na którym nawet mnie nie było i powiedział, że jest jeden chłopak 10 kilo cięższy, ale szuka rywala i czy chce zawalczyć? Zgodziłem się. Zawalczyłem. Pojedynek był nierozstrzygnięty, bo w Polsce można toczyć walki od 14 roku życia. Jak stoczyłem pierwszą walkę, to ojciec powiedział, że trzeba iść za ciosem i woził mnie na  2 – 3 tygodnie do Niemiec, gdzie mogłem sparować i się rozwijać. W Polsce nie miałem za bardzo z kim trenować wówczas, jako jeszcze bardzo młody chłopak.

A miałeś moment, w którym chciałeś przestać trenować i zająć się czymś innym?

Miałem taki moment, ale to nie wynikało z tego, że mi się nie chciało. To było w 2012 roku, kiedy przeszedłem na zawodowstwo. Nie pojechałem na kwalifikacje olimpijskie, ponieważ Polski Związek Bokserski mnie zawiesił za to, że opuściliśmy samowolnie obóz. Trener, który z nami był uniósł się honorem, bo wysłali nas do ośrodka, gdzie podawali do jedzenia sportowcom na przykład smażone kiełbasy z cebulą, a my musieliśmy robić wagę. To jak trener zadecydował, to wyjechaliśmy. Potem kazali nam przepraszać, a ja powiedziałem, że nie mam za co i tak mnie zawiesili. Wtedy miałem zwątpienie, ponieważ na najważniejsze wówczas zawody nie brano najlepszych, tylko tych, którzy przeprosili. Dziecinada kompletna. Odezwałem się do Pana Mariusza Kołodzieja, z którym byłem już kilka miesięcy wcześniej w kontakcie. On przez dłuższy okres czasu milczał i wtedy pomyślałem: „Pieprze to! Jak mam boksować za grosze w amatorstwie, gdzie są chore zasady i rządzą tylko układy, to szkoda mojego czasu”. Aż tu nagle pewnego dnia dostałem wiadomość na facebooku od Pana Mariusza Kołodzieja o treści: „sprawdź maila”. A tam był bilet do USA. Wszystko nagle odwróciło się w dobrym kierunku. Podpisałem kontrakt i wyleciałem do Stanów Zjednoczonych w maju.

Podsumowując naszą rozmowę. Twój plan na najbliższe miesiące, to dwa pojedynki w tym roku…

Tak. Mam nadzieję, że moi rywale będą prezentować odpowiedni poziom. Bardzo na to liczę. Chciałbym, żeby promotorzy stopniowo podwyższali mi poziom przeciwników, a nie, że jak w przypadku innych zawodników jest nabijanie rekordów na „bumach”, a potem wielki przeskok na walkę o tytuł. Głęboko wierzę, że w moim przypadku będzie inaczej. Zasłużę na swoją szansę walki o tytuł, muszę mieć tylko odpowiednich rywali, którzy mnie do tego przygotują.

Dzięki wielkie za rozmowę i powodzenia

Dzięki

Rozmawiał Krzysztof Kwaśny