Karol Stopa: „Coraz większa liczba osób powiesiłaby Federera w ramce i zaczęła się do niego modlić, co mnie niebywale irytuje”

  • Redakcja

Z Karolem Stopą, komentatorem tenisa w Eurosporcie, rozmawialiśmy m.in. na temat Rogera Federera, nowej fali młodych tenisistów i planowanych zmian w Pucharze Davisa. Zapraszamy do lektury pierwszej części wywiadu.

Federer skończy w sierpniu 37 lat. Mimo to zanotował niedawno najlepszy start sezonu w karierze (17 wygranych z rzędu). Ile jeszcze lat Szwajcar może nas tak zachwycać?

Federer jest fenomenem – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. W 2015 roku bardzo poważni ludzie siedzący mocno w tenisie przyjmowali zakłady odnośnie końca jego kariery. Byłem świadkiem takiej rozmowy pomiędzy Borisem Beckerem, Henri Leconte’m i Irańczykiem Mansurem Bahramim w Paryżu. Wszyscy trzej z naprawdę poważną miną wieszczyli wtedy koniec zawodnika z Bazylei. Moim zdaniem należy się cieszyć, że zdarzają się ludzie, którzy wykraczają poza utarte schematy, poza sytuacje znane do tej pory ludziom uprawiającym tę dyscyplinę sportu. Oczywiście były w przeszłości przypadki osób, które uzyskiwały w bardzo zaawansowanym wieku nie małe sukcesy. Ale nie oszukujmy się – to się działo w czasach, gdy poziom „białego sportu”, a zwłaszcza intensywność rozrywek, były kompletnie inne.

Trochę Federerowi pomogło też to, że w zasadzie wszyscy jego pozostali przeciwnicy ze ścisłej elity rozsypali się w jednym momencie. Z powodu kontuzji, ogólnego zmęczenia grą. Szwajcar na pewno wyróżnia się od wszystkich tym, że uderza niebywale czysto i pięknie technicznie. A taki sposób gry powoduje, że teoretycznie tych urazów powinno być mniej. Dzisiaj 80-90% kontuzji w Tourze to „dolegliwości zmęczeniowe”. Ci, którzy grają tak płynnie, czysto są mniej narażeni na takie problemy. I to jest przypadek szwajcarskiego geniusza.

Powiem szczerze, byłem zafascynowany ostatnim pojedynkiem Federera z Juanem Martinem del Potro w finale w Indian Wells. Trochę gorszy był na pewno finałowy bój w Melbourne, bo tam Marin Cilić miał właściwie wygrany mecz i nie potrafił skorzystać z tej szansy. Chorwat nie umiał uczynić tego, co udało się Argentyńczykowi. To tylko pokazuje, że Cilić jest tenisistą gorszego formatu, niż del Potro. Można żałować, że ten Argentyńczyk dopiero teraz, po tylu latach, jest w stanie w ogóle zbliżyć się do dawnego poziomu.

Dla del Potro zwycięstwo w kalifornijskiej imprezie to dopiero pierwszy tytuł w turnieju rangi Masters 1000. A przecież we wrześniu będzie miał już 30 lat.

Gdyby nie jego problemy zdrowotne, to z całą pewnością mówilibyśmy w tenisie męskim nie o „wielkiej czwórce” (Roger Federer, Rafael Nadal, Andy Murray, Novak Djoković – przyp. red.), a o „wielkiej piątce”. Argentyńczyk też by należał do tego grona. Gdyby tylko nie te jego przypadłości z nadgarstkami… Del Potro już dużo wcześniej był pretendentem do tego, by dołączyć do grupy najlepszych. To jest oczywiście czysto hipotetyczne rozważanie, ale on prawdopodobnie należałby do ścisłej męskiej czołówki znaczenie wcześniej niż Murray. To brzmi dziś nieprawdopodobnie, ale myślę, że każdy, kto choć troszkę rozumie ten sport wie, że Murray szedł do swoich sukcesów strasznie długą drogą. W ogromnych męczarniach, cierpieniach. Argentyczyk zaś miał więcej mocnych argumentów. Ale jednocześnie przez swój styl gry sam się uszkodził. Bo z jednej strony to jest jakaś słabość tych obu nadgarstków, ale z drugiej to też sam sposób uprawiania tenisa przez del Potro doprowadził do tych kontuzji.

Wszystko trzeba mieć w sporcie, żeby być dobrym. Zdrowie też.

Dokładnie. Oprócz umiejętności musi być spełnionych także kilkanaście innych czynników. Federer dlatego jest geniuszem, że u niego wszystkie te elementy poskładały się idealnie. Przecież on do tego zabiegu z kolanem nie miał w karierze żadnych tego typu przerw. Trochę może narzekał na plecy w pewnym momencie. Ale z kłopotów zdrowotnych, których wielu nie miał, Szwajcar wychodził zawsze na prostą.

Jeszcze niedawno obserwowaliśmy w męskim cyklu wspomnianą „wielką czwórkę”: Federer, Nadal, Murray, Djoković. Ale ci dwaj ostatni mają od jakiegoś czasu problem by wrócić na szczyt. Uda im się jeszcze?

Nie zamierzam umniejszać dokonań Brytyjczyka i Serba, ale zarówno jeden, jak i drugi grają w tenisa zupełnie inaczej niż sportowiec z Bazylei. To jest trochę takie „cierpiętnictwo tenisowe”, przetrzymywanie ataku przeciwnika, długie czekanie na okazję w każdej wymianie. Właśnie tak gra również Agnieszka Radwańska. Ten styl dzisiaj ma coraz mniej do powiedzenia w starciu z potężną ofensywą. Chyba, że ten ofensor będzie miał gorszy dzień i każdą piłkę wyrzucał w aut. Wtedy taki obrońca ma szansę.

Federer i Nadal wiecznie grać nie będą. Djoković i Murray, gdyby nawet wrócili do czołówki, także. Jednocześnie od jakiegoś czasu możemy śledzić nową falę młodych graczy. Wymienić można dla przykładu takich zawodników, jak: Alexander Zverev, Borna Coric, Andriej Rublov, Chung Hyeon, Denis Shapovalov i inni. Grigor Dimitrov i Dominic Thiem też są młodzi, choć nie aż tak bardzo, jak ci pierwsi. Kto z całej tej nowej generacji może Pana zdaniem w przyszłości zostać numerem jeden?

Największe szanse dostrzegam dla tych bardzo młodych. Dla tych z grupy, przykładowo, Stefanosa Tsitsipasa. To niekoniecznie musi być Grek, ale chciałbym określić punkt. Wydaje mi się, że ten pierwszy rzut przedstawicieli nowego pokolenia, właśnie wspomniany przez Pana Corić, Thiem czy Zverev, nie odegra jeszcze aż takiej roli. Zverev jest w ogóle dla mnie największym rozczarowaniem w całym tym towarzystwie. Wszyscy go klepią po plecach i opowiadają, jakim to on będzie za chwile wielkim mistrzem, a ja patrzę i widzę niestety wokół Niemca same złe rzeczy. Coś podobnie negatywnego, choć z innych powodów, dzieje się też z Australijczykiem Nickiem Kyrgiosem. Obaj panowie to potencjalnie rzeczywiście nowi gracze numer jeden, ale tak naprawdę to myślę, że oni tymi „jedynkami” nie zostaną. Albo wskoczą na tron dopiero za parę lat, jak trochę zmądrzeją, jak pozmieniają się różne priorytety w ich głowach.

To co się dzieje ostatnio w męskim rozgrywkach – to nie wygląda dobrze. Nie powinno być tak, że wychodzi na kort 37-letni facet i leje jak dziecko gościa, który ma 21-22 lata. Tamten młokos nie ma nic do powiedzenia, żadnego pomysłu, poza przebijaniem piłki. Tu upatruje niestety słabość współczesnego tenisa, jeżeli chodzi o jego rozwój. Wydaje mi się, że za wielu mamy takich tenisistów w nowej generacji, którzy zapatrzyli się na Murray’a i Djokovicia, a nie na Federera czy Wawrinkę. Mam tu na myśli przede wszystkim styl, nie osobowości tych wymienionych zawodników. Ci nowi bardzo wcześnie dochodzą do dobrych wyników. W tej dyscyplinie pojawiają się coraz większe pieniądze, niestety już absurdalnie wysokie. Takie zarobki demobilizują często młodych, którzy już na początku swojej kariery mają na koncie po parę milionów dolarów. Są zabezpieczeni finansowo. To powoduje, że potem oni nie mają w sobie takiego ognia, takiej chęci powalczenia o więcej, pracowania ciężej. Nie da się ukryć, że tenis jest taką sztuką samodoskonalenia się. Na świecie jest kilkanaście tysięcy ludzi, którzy uprawiają tę dyscyplinę poprawnie, parę tysięcy, którzy są klasyfikowani, kilkuset, którzy odbijają nieźle, ale tylko 50-60, którzy grają bardzo dobrze. Na tym polega różnica. Niby wszyscy uderzają tak samo, ale jednak nie.

Tu ciągle Roger jest geniuszem. Czasem przyglądam się jego grze i nie mogą nadziwić się, że u jednego człowieka wszystko to, co w tenisie jest najważniejsze, skupiło się w aż tak dobrym stopniu. To kwestia dokonywania wyborów, odmierzania kroków do odbicia, łapania odpowiedniego timingu, umiejętności przechodzenia z gry lekko obronnej do ataku. Szwajcar ma jakiś instynkt.

Czytałem takie opracowanie, z którego wynika, że jedyna jego mała słabość to pewien rodzaj odporności psychicznej, jaka jest potrzebna przy wygrywaniu najważniejszych pojedynków. Skaza pojawiła się wtedy, gdy po drugiej stronie siatki objawił się Nadal. Rozwój kariery Rogera przystopował wtedy trochę. Hiszpan zaczął z nim wygrywać, także na terenach, wydawało się, zarezerwowanych dla zawodnika z Bazylei. Federer posiada też z całej tej elity największą liczbę spotkań przegranych, mimo że wcześniej był o jedną piłkę od wygranej, miał meczbola. To też o czymś świadczy. On jest takim „płaczącym mistrzem”,  który potrafi na podium lać łzy. A jednocześnie jest nieprawdopodobnie inteligentny, bystry. To starcie z del Potro w Indian Wells jest takim klasycznym przykładem. Właściwie to było powtórzenie batalii finałowej US Open 2015 z Djokoviciem, kiedy to stadion też koronował Federera już na mistrza, a on mając wszystko w ręku, przegrał. Z Argentyńczykiem ostatnio stało się dokładnie to samo. Czyli jakaś tam maleńka niedoskonałość u Rogera jednak istnieje.

Może dobrze, bo inaczej byśmy musieli uznać, że to nie człowiek, a maszyna.

Tak, musielibyśmy po prostu klęknąć, powiesić go w ramce i zacząć się do niego modlić. Niestety coraz większa liczba osób tak czyni, co mnie niebywale irytuje. Uważam, że on oczywiście zasługuje na ogromny szacunek, podziw. Ale nie lubię też przesądzania wyniku. To mi troszeczkę przypomina sytuację, jaką oglądamy, gdy np. w lidze niemieckiej gra Bayern z kimś albo w Hiszpanii Real lub Barcelona. Sport bez odrobiny niepewności, bez tej nadziei dla słabszego, przestaje być po prostu ciekawy.

Skoro jesteśmy przy drużynie z Katalonii – jej piłkarz Gerard Pique jest pomysłodawcą reorganizacji tenisowego Pucharu Davisa. Nowa impreza o nazwie „World Cup of Tennis Final” ma trwać tydzień i polegać na rywalizacji 16 zespołów narodowych o mistrzostwo świata. Co Pan o tym sądzi?

To są pomysły, będące reakcją na bardzo słabe działania szefów Międzynarodowej Federacji Tenisowej (ITF – przyp.red.) przez wiele lat. Drużynowe starty, nazywane Pucharem Davisa i Pucharem Federacji, zaczynają coraz mniej pasować do zawodów indywidualnych. Tenis jest jedynym sportem, w którym rywalizacja trwa jedenaście, czy nie raz prawie dwanaście miesięcy w roku. I tak na dobrą sprawę, tam nie ma miejsca na żadne starcia drużynowe.

Niech Pan zobaczy, że nawet Federer zagrał raz, po czym powiedział, że więcej nie wystąpi. Organizowanie rozgrywek, w których nie występują najlepsi, trochę mija się z celem. Jaki sens ma robienie mistrzostw świata, bez najlepszych graczy na świecie? A tak się niestety stało. Ci najwięksi po prostu już nie wyrabiają. Mają wypełniony kalendarz. Absolutnie musi coś zostać zmienione w tym zakresie.

Roger Federer organizując w zeszłym roku Laver Cup pokazał wszystkim, że można zrobić genialną zabawę z takiej drużynowej rywalizacji, gdy spełni się pewne warunki. Teraz jest taka próba naśladowania tego. Nagle jest wysyp propozycji na Puchar Świata. A gdy były już takie drużynowe imprezy w Dusseldorfie przez wiele lat – mieli to w nosie. To są niestety niekonsekwencje ITF-u. Nie wiem, jakie oni przyjmą ostatecznie rozwiązanie, ale jeśli wymyślą jakąś rywalizację bez gwiazd, to nie będzie to ludzi interesowało.

Widział Pan relacje w telewizji ze spotkania Polska – Słowenia w poprzednim miesiącu? Pusta hala, pies z kulawą nogą na to nie popatrzy. Jestem gotów się założyć, że za moment tak samo będzie w Sopocie, jak będziemy mierzyli się z Zimbabwe. Te rozgrywki na niższych poziomach są przekombinowane. Jest ich za dużo, zabierają terminy tenisistom. Ta formuła się zużyła. Kompletnie nie pasuje już do tego, co jest w cyklu indywidualnym. Oczywiście zaraz będą oburzali się obrońcy tenisowej tradycji, bo zawsze łatwo jest uderzać w takie wielkie dzwony. W takich sytuacjach Zdzisio Ambroziak zawsze odpowiadał, że jakbyśmy chcieli tradycję podtrzymywać, to powinniśmy jeździć furmanką, a nie fruwać samolotem.

 

Rozmawiał: Dominik Senkowski