Brytyjczyk Tai Woffinden doskonale zdaje sobie sprawę, w jakim znajduje się miejscu w światku żużlowym. W samym jego centrum. Skoro ma się w kolekcji już trzy tytuły indywidualnego mistrza świata, to trudno, żeby było inaczej. Poza tym, 28-latek wcale nie zamierza zwalniać, tym bardziej, że czasu na realizację największego żużlowego marzenia nie ma dużo.

O co chodzi? Rzecz jasna o pobicie rekordu sześciu wygranych tytułów, który należy do duetu z różnych sportowych epok: Tony’ego Rickardssona i Ivana Maugera. Woffinden w tabeli wszech czasów zajmuje dziesiąte miejsce, ale może już być tylko wyżej, bo trudno oczekiwać, by jedyni dwaj czynni żużlowcy przed nim: Greg Hancock i Nicki Pedersen zdołali mu uciec. Amerykanin – przez poważną chorobę żony – zawiesił karierę (może wróci na początku czerwca, kto to wie…), Duńczyka zaś nie zobaczymy nie tylko w sobotę w Warszawie, ale i w ogóle w tym roku w cyklu Grand Prix.

Woffinden jest niezwykle pewny siebie, co zademonstrował przy okazji wywiadu dla „Speedway Star”. Powiedział w nim m.in.: „Mam zamiar obronić mistrzowski tytuł. To się stanie w tym roku. Inni zawodnicy? Oni nie są mną. Kiedy wdrożę w życie plan A, nikt mnie nie powstrzyma. Reszta stawki może przygotować się tak mocno, jak tylko potrafi, ale oni nigdy nie będą Tai’em Woffindenem” – stwierdził trochę w stylu Zlatana Ibrahimovicia albo innego Szweda, wspomnianego wyżej Rickardssona. I trochę nie w swoim – Brytyjczyk nie słynął z podobnych, dość aroganckich wypowiedzi. Najwyraźniej stwierdził, że nie ma się, co krygować. Że nastał czas bycia mocnym i w gębie i na torze, szczególnie, że jeśli dotrzyma danego sezon temu słowa – około 2023 roku pożegna się z żużlem.

No i właśnie: kto mimo szumnych zapowiedzi Brytyjczyka może przytemperować jego mistrzowskie zapędy? Najwięcej w tym kontekście mówi się o naszym Bartoszu Zmarzliku, który już w poprzednim sezonie mocno zagrażał Woffindenowi. Skończyło się na srebrnym medalu i jeszcze większym rozpaleniu polskich nadziei na pierwszy tytuł po sukcesie Tomasza Golloba w 2010 roku. Pytanie tylko, czy reprezentant Stali Gorzów zdoła utrzymać wysoką, równą formę przez cały sezon? Można być pewnym, że gdyby nie niemrawy początek ubiegłego cyklu (9 punktów w Warszawie, zaledwie 4 w Pradze), Zmarzlik miałby jeszcze większe szanse na zdetronizowanie Taia. W końcu uległ mu tylko/aż 10 punktami. Żużlowa Polska mocno wierzy w 24-latka, który przecież już zdominował krajowe rozgrywki. Znacznie mniejsze nadzieje pokładane są w pozostałych rodakach: Macieju Janowskim (kontuzja najpewniej wykluczy go z warszawskiej rundy), Patryku Dudku oraz wracającym do cyklu po ośmiu latach przerwy, Januszu Kołodzieju.

Naszym zdaniem, grono zawodników, mogących realnie zagrozić Woffindenowi ogranicza się tak naprawdę do jeszcze dwóch nazwisk poza Zmarzlikiem: Jasona Doyle’a oraz Artioma Łaguty. Australijczyk chce (znowu) za wszelką cenę, nawet zdrowia, wrócić na żużlowy szczyt po mało udanym ubiegłym roku. Zrobił porządki w swoim teamie, wydaje się piekielnie zdeterminowany, a że twardzielem był zawsze (ot, np. jeździł sobie ze złamaną nogą), więc trzeba się będzie z nim liczyć. Choć akurat w sobotę w Warszawie będzie świeżo po kontuzji odniesionej podczas meczu ligowego w Toruniu przeciwko forBET Włókniarzowi. A skąd Łaguta, który w poprzednim sezonie zajął dopiero szóste miejsce w generalce? Doświadczony Rosjanin nie przestaje kombinować, w ramach dozwolonych aktualnym regulaminem, ze swoim sprzętem. A tym, co może zaprowadzić go nawet na podium IMŚ w tym roku jest pomysł zastąpienia tradycyjnych sprężyn zaworowych specjalnymi amortyzatorami z gazem. Ma to wyeliminować ich przegrzewanie, co z kolei negatywnie wpływa na pracę silnika. Nowinkę tę zasugerowali Łagucie inżynierowie, pracujący w F1.

O nowość, ale w regulaminie, zadbali z kolei organizatorzy cyklu Grand Prix. Już w piątek w Warszawie pierwszy raz w historii, zamiast mało wnoszącego treningu przed zawodami, odbędą się kwalifikacje. Mierzone czasy ustawią kolejność decydowania przez samych zawodników o sobotnim numerze startowym – najszybsi będą mieli pierwszeństwo, ci zaś którzy np. nie wezmą w nich udziału, dostaną numer w losowaniu. Po co to wszystko? Numer ma wpływ na pola (wewnętrzne, zewnętrzne), które przypadną zawodnikowi w trakcie rywalizacji, a to z kolei może mieć bardzo duże przełożenie na liczbę zdobytych punktów. System samego losowania numerów był powszechnie krytykowany. Dobrze więc, że postanowiono zastąpić go czymś bardziej sprawiedliwym, mierzalnym.

Kursy w forBET – klasyfikacja końcowa Grand Prix 2019 (top 7):

Woffinden 2.75

Zmarzlik 4.50 

Doyle 9.00

Łaguta 10.00 

Madsen 10.00

Lindgren 12.00

Sajfutdinow 15.00