O tym, co zostało z „Big Mamby”

  • Redakcja

Przemysław Karnowski po powrocie (sportowej banicji?) do Torunia miał szybko zawładnąć parkietami Energa Basket Ligi. Niestety, „zawładnął”, ale przede wszystkimi gabinetami lekarskimi. Niby wszystko idzie ku lepszemu, ale przecież rozgrywki nie zatrzymały się – sezon w pełni. Pytanie, kiedy Karnowski na dobre wróci do grania?

Jego koszykarska kariera to niezły materiał na film. W 2010 roku wraz z kumplami z kadry Polski do lat 17. zrobił furorę na Mistrzostwach Świata w Hamburgu. Tam nasi młodzi wówczas zawodnicy przegrali jedynie z Amerykanami, a jednymi z gwiazd całego turnieju byli Mateusz Ponitka, Tomasz Gielo, czy właśnie Przemysław Karnowski. Stare dzieje. Później, jak wiadomo urodzony w Bydgoszczy zawodnik trafił do uniwersyteckiej ligi zza oceanem, do zespołu Gonzagi Bulldogs. Tam jego kolegą był m.in. obecny gwiazdor Indiany Pacers, Domantas Sabonis. Tam także pojawiły się pierwsze, bardzo poważne problemy zdrowotne. Przez operację kręgosłupa Karnowski stracił niemal cały sezon w NCAA. Ale, dzięki tzw. medical redshirt, mógł zostać w USA, choć metrykalnie nie powinien. W ostatnim swoim sezonie 2016-17 Polak był wyróżniającym się zawodnikiem Gonzagi, która po raz pierwszy w historii awansowała do finału ligi. Karnowski zaś dostał nagrodę im. Kareema Abdul-Jabbara dla najlepszego centra NCAA. I ksywkę „Big Mamba”, nawiązującą do przydomku samego Kobe’a Bryanta.

Realny więc wydawał się atak na NBA. Niestety, Polak nie dostał się do draftu, ale nie poddał się, chcąc dostać się do koszykarskiego raju przez ligę letnią. W Charlotte grał mało, ale później w Orlando był już wiodącą postacią. „Ale to były dwa mecze. Ludzie, którzy mnie obserwowali, robili to przez pięć lat mojej gry w Gonzadze. Wiedzieli w czym jestem dobry, co muszę poprawić. Później toczyły się jeszcze rozmowy z moim agentem, żeby pojechać na camp przedsezonowy do którejś z drużyn NBA, ale to niestety wypadało na koniec września. Gdybym pojechał i nie udałoby mi się, zostałbym na lodzie. W październiku musiałbym szukać klubu w Europie, gdzie nie byłoby to takie łatwe. Dlatego zdecydowałem się podpisać umowę w Hiszpanii. Wybrałem pewniejsze miejsce” – powiedział Karnowski (weszlo.com).

A w Hiszpanii, w wymagającej przecież lidze, upraszczając już, zaliczał stopniowy zjazd – także powodowany kłopotami ze zdrowiem. Aż jego kariera zatoczyła koło i w wieku 25 lat podpisał kontrakt w domu, w Toruniu. Tu jednak także odezwał się organizm. W obecnym sezonie EBL Karnowski zagrał w jedynie sześciu meczach, a jego statystyki nie powalają: średnio podczas 14,5 min na parkiecie zdobywał 8,7 punktu oraz miał 3,8 zbiórek i 1,3 asyst. Co więcej, torunianie zakontraktowali niedawno Damiana Kuliga, jeszcze bardziej zagęszczając swoją strefę podkoszową. I nie wierząc już w skuteczny powrót Karnowskiego? Sam zawodnik stwierdził niedawno, że ma być gotowy za około trzy tygodnie. „W Toruniu jestem pół roku i wszystko idzie w dobrą stronę. Więcej czasu spędzam w siłowni, bardziej skupiam się na tym, co jem. Nawet gdy mam kontuzję, to ciężko pracuję. Zrzuciłem 17-18 kilogramów, ale jeszcze kilka-kilkanaście mam za dużo. Uważam jednak, że zawodnika nie powinno się oceniać po tym jak wygląda, tylko po tym co prezentuje na boisku” – powiedział w rozmowie z TVP Sport.

Hm. I tu pojawia się kilka wątpliwości. No bo jeśli Karnowski zrzucił nawet 18 kilo, a jeszcze „kilkanaście ma za dużo”, to znaczy, że miał aż około 30-kilogramową nadwagę? Po drugie zaś, ostatnie zdanie ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Bo w końcu „Big Mamba” dawno nie przebywał na boisku, więc ludzie / dziennikarze oceniają go tylko przez pryzmat wyglądu. Oby to się zmieniło. Choć w najbliższym meczu Polskiego Cukru (kursy forBET: Spójnia 8.50, remis 21.00, Polski Cukier 1.09)  Karnowski na pewno nie wystąpi. Czekamy zatem cierpliwie.

Jacek Hafka