Już nie żałujemy, że nie jesteśmy Australijczykami

  • Redakcja

Całkiem niedawno na naszych łamach wyraziliśmy żal, że nie przebywamy sobie na antypodach, za przodków mając potomków Aborygenów…

Jaka szkoda, że nie jesteśmy Australijczykami

Chodziło, rzecz jasna, tylko i wyłącznie o to, że w dalekiej Australii już sobie jeżdżą na żużlu, a kibice mogą to podziwiać. Okazuje się jednak, że to chwilowe. Że kolejny raz Australijczycy nie przyjmą na swoją ziemię cyrku BSI, a więc żużlowego Grand Prix. Dlaczego? Na przeszkodzie stanęły – jak podano oficjalnie – „nieprzewidziane przyczyny”. A można trochę jaśniej? „Mimo, że bardzo chcieliśmy zorganizować SGP Australii w 2019 roku, zdecydowaliśmy, że powinniśmy to zrobić tylko, gdy będziemy pewni , że zapewnimy imprezę odpowiedniej jakości. Taką, jakiej oczekują od nas zawodnicy Grand Prix, kibice i społeczność. Podjęliśmy rozmowy z wieloma obiektami na temat zawodów w 2019 roku i zamierzamy je kontynuować, szczególnie z Ipswich” – powiedział dyrektor BSI Torben Olsen (speedwaygp.com).

Panie Olsen. Nie oszukujmy wspomnianej „społeczności”. Wiadomo, że chodziło o pieniądze, a raczej brak kogoś, kto zaryzykowałby ściągnięcie z Europy całej kawalkady Grand Prix z nadzieją, że a nuż do Australii ze Starego Kontynentu wpadną fani „czarnego sportu”. Speedway, co podkreślamy z nieukrywanym smutkiem, nie jest na antypodach zbytnio popularny. Przykładem niech będzie rok 2017, gdy w Melbourne na ogromnym stadionie Etihad tytuł mistrza świata odbierał Jason Doyle. Australijczyk przecież. Sukces ten na żywo oglądało może jakieś 20 tys. jego rodaków, gdy tymczasem przy okazji byle jakiego meczu futbolu australijskiego na tym samym obiekcie zasiada 60 tys… To najdobitniej pokazuje w którym mniej więcej miejscu swoich ciał Australijczycy sytuują żużel.

To w sumie nie jest czymś specjalnie zaskakującym. Panowie z BSI nie mają już chyba zbyt wielu (realnych) pomysłów na swój cykl. Zresztą niedługo kończy im się umowa na jego organizację. Może więc żużlowa centrala z FIM powinna zerknąć w stronę innych promotorów? Młodszych, bardziej rzutkich. Niespaczonych długoletnią rutyną. Takich, którzy przy tym nie owijają w bawełnę, że uczynią ze speedwaya sport masowy, a przynajmniej masowo oglądany. Poza Polską próżno bowiem szukać choćby namiastki takiego zainteresowania, jaką ta dyscyplina cieszy się u nas. Naturalne zatem wydaje się, by za cyklem wyłaniającym indywidualnego mistrza świata stali poważni i doświadczeni ludzie stąd, znad Wisły, a konkretniej toruńska firma One Sport. Pytanie tylko, czy FIM wyjdzie spoza skostniałych układów i nieco zaryzykuje, łamiąc monopol BSI? Odpowiedź poznamy niebawem.

A w sezonie 2019 mistrz świata – piąty raz w historii – zasiądzie na żużlowym tronie, Olimpie itd. itd. w Toruniu po zawodach na, mającej już prawie 10 lat (jak ten czas leci!), Motoarenie.