Jaka szkoda, że nie jesteśmy Australijczykami

  • Redakcja

Fani speedwaya już powoli zaczynają się niecierpliwić. Nerwowo przebierać nóżkami. Wiercić się. Obgryzać paznokcie. Toż do startu naszej ligi jeszcze więcej niż „trochę”, bo jakieś 75 dni. Mroźnych, nieprzyjemnych w czekaniu. Ale, proszę Państwa, jest na świecie duży ląd, na którym już rywalizują, już śmigają. To Australia oczywiście.

Dwa dni temu w Ipswich w australijskim stanie Queensland było po południu było 30 stopni. Upał, po prostu upał. Idealna, naturalna niemal pogoda dla żużla. Co tam się odbywało? Otóż juniorskie indywidualne mistrzostwa Australii, które zdominowała wschodząca gwiazda Fogo Unii Leszno, Jaimon Lidsey. 20-latek nie przegrał choćby jednego biegu, tym samym broniąc tytuł sprzed roku. Żeby być dokładnym, trzeba tylko nadmienić, że rywale nie byli z najwyższej półki, bo któż z polskich fanów zna zawodnika imieniem Jordan nazwiskiem Stewart? Jordan – tak, ale bardziej Michael. Stewart natomiast zajął miejsce tuż za Lidseyem. Z drugiej strony, warto obserwować zawody tego typu i wpisywać sobie co wyżej sklasyfikowane nazwiska w kajet. Bo droga australijskich talentów często odbywa się tak: Australia – druga liga w Anglii – Nice 1. Liga – PGE Ekstraliga. I może nie każdy z miejsca zostanie Jasonem Doylem, czy choćby Maxem Frickem, ale śledzenie młodych żużlowców z antypodów może się kiedyś poważnie opłacić.

Właśnie – skoro już mowa o uznanych nazwiskach, to w seniorskim czempionacie zwyciężył wspomniany wyżej Fricke, który w pokonanym polu zostawił Rohana Tungate’a oraz byłego mistrza świata Chrisa Holdera. Niedawno, na łamach „Speedway Star” zawodnik Betardu Sparty Wrocław opowiedział co nieco o specyfice zawodów w jego ojczyźnie: „Jest w tym trochę szaleństwa. Wsiadasz w auto, bierzesz rodzinę oraz kumpli, którzy pełnią rolę mechaników i jedziesz 10 godzin na pierwszy turniej. Później pakowanie, znów w auto, znów podróż i tak już do końca. Na pewno łatwo nie jest. Ale to wielka satysfakcja na koniec, że to ty byłeś najlepszy pod każdym względem. To też taka próba charakteru” – zaznaczył. Świeżo upieczony mistrz postanowił – wzorem niektórych swoich kolegów-rywali z toru – że od tego sezonu jego europejską bazą będzie Andora, a więc to miejsce między Francją a Hiszpanią, które upodobali sobie m.in. Fredrik Lindgren (na zdjęciu poniżej), czy Holder.

W swojej drugiej ojczyźnie – Australii właśnie –  do startów w tym roku przygotowuje się także Tai Woffinden. Brytyjski aktualny mistrz świata nie miał sobie równych w memoriale swojego ojca, Roba. On także, podobnie jak Lidsey w kategorii juniorów, wygrał wszystkie biegi, za przeciwników mając takich klasycznych żużlowych „noł-nejmów”, choć nazwiska niektórych (Winchester, Ballantyne) mogą na nieco dłużej pozostać w pamięci, przez oczywiste nawiązanie do marek spoza sportu.

No nic, drodzy żużlowi maniacy-rodacy. Do startu sezonu nad Odrą i Wisłą jeszcze trochę. Tymczasem mogliśmy popodziwiać nieco rywalizację w dalekiej Australii. A żeby jeszcze bardziej wydobyć Państwa z nastroju charakterystycznego dla „Blue Monday” podkreślmy to znowu: do spotkania forBET Włókniarza z Cash Broker Stalą oraz Falubazu z Get Well już tylko tylko 75 dni. Zleci, jak z bicza strzelił!

Jacek Hafka