Maniak Futbolu #5 – Bolec trenerem Legii. Nauczy chłopaków kocich ruchów?

  • Redakcja

Ostatnimi czasy trudno traktować Legię poważnie. Podobnie jak jej kolejnego szkoleniowca. Przedwczoraj swoje siły połączyli trener, który co pół roku szuka nowej pracy i klub, który co pół roku szuka nowego opiekuna. Na logikę to nie może wypalić.

„Chcę tu wygrać mistrzostwo” – ogłosił na poniedziałkowej konferencji prasowej nowy szkoleniowiec Legii Ricardo Sa Pinto. Wow. Cóż za deklaracja! Takie słowa w stosunku do drużyny, którą do mistrza doprowadzić może trener piłki kobiecej w parze z teoretykiem futbolu, brzmią dosyć zabawnie. Z Legią Warszawa nawet kot w butach mógłby sięgnąć po mistrzostwo Polski. Wystarczy, że legioniści nieco się zepną i tytuł gotowy. Nie trzeba do tego trenerskiego wirtuoza. Sa Pinto zatrudniony został powinien być do innej misji.

„Wojskowi” w maju 2019 roku zapewne znów wygrają rozgrywki Ekstraklasy. To właściwie ich obowiązek. Portugalczyk ma zaś sprawić, że zespół nie będzie odpadał z Szeryfami, Astanami czy innymi Trnavami. Słowem – zacznie godnie reprezentować polską ligę w europejskich pucharach. To jest jego główne zadanie, a nie mistrzostwo. Czy mu się uda je zrealizować? Szanse są raczej niewielkie.

Trener na lata?

Dlaczego Sa Pinto dostał aż trzyletnią umowę, skoro Legia co roku zwalnia trenerów, a sam zainteresowany przez 6 lat pracy jako szkoleniowiec zwiedził już 8 klubów? Odpowiedź jest prosta – tylko tak prezes Dariusz Mioduski mógł zachęcić Portugalczyka do pracy w Warszawie. Długi kontrakt. A że na 95% nie zostanie on do końca wypełniony? Takie są koszty szukania opiekunów na ostatnią chwilę.

Trudno wierzyć, że nowy trener zespołu z Łazienkowskiej wytrzyma do następnego lata, a co dopiero dwa kolejne. To żywiołowy południowiec, który kłócił się w każdym miejscu, w którym pracował. Nawet jeśli jest dobrym motywatorem, jak przekonują lepiej znający portugalską piłkę, to temperamentem zamęczy piłkarzy z Warszawy.

Brak konsekwencji to synonim działalności Legii Warszawa w ostatnich latach. Właściwie trudno racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego tym razem padło na Sa Pinto. Bo Lech Poznań ściągnął grajków z Portugalii, którzy NA RAZIE prezentują się nieźle? Błagam. Wystarczyło, że po boisku biegają krewcy Antolić i Vesović. Teraz jeszcze będzie nimi zarządzał z ławki gorącokrwisty treneiro. Oczywiście na polską ligę to może starczyć. Nawet powiem więcej – na 80% starczy. Ale w europejskich pucharach rywale są poważniejsi niż w Ekstraklasie.

Wymarzony trener Legii – czyli jaki?

Powiecie, że Sa Pinto doszedł w sezonie 2011/2012 do półfinału Ligi Europy, po drodze eliminując Legię Warszawa. Ano doszedł. Tylko, że od tamtego czasu nie powtórzył już podobnego sukcesu w pucharach. Występował potem w Europie tylko z Belenenses, które w fazie grupowej Ligi Europy trafiło akurat na Lecha Poznań. Oba mecze zakończyły się bezbramkowym remisem 0:0, co nie najlepiej świadczyło o portugalskiej drużynie. A co gorsze – Belenenses nie wyszło wtedy z grupy, ponieważ zajęło ostatnie miejsce – nawet za Kolejorzem! Chluby to Sa Pinto nie przynosi. Tym bardziej mam więc obawy czy Portugalczyk będzie w stanie zaprowadzić Legię np. do fazy play-off Ligi Europy/fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Gdyby Legia zatrudniła na stanowisku trenera kogoś nowego w maju po zdobyciu mistrzostwa, to nie musiałaby brać szkoleniowca na trzyletni kontrakt. Byłaby panem sytuacji. Dziś zaś jest w czarnej dupie, dwa dni przed kluczowym meczem z mistrzem Luksemburga (XD). Czasu nie było dużo, dlatego Sa Pinto mógł dyktować swoje warunki. I podyktował. Łaskawy – mógł przecież zażądać pięcioletniej umowy.

Dominik Senkowski