Serena Williams ma coś do ukrycia?

  • Redakcja

Amerykanka skarży się na częste kontrole antydopingowe. Brzmi to niezbyt dobrze – raczej podejrzanie. Od największej gwiazdy kobiecego tenisa oczekiwalibyśmy innego podejścia do tematu dopingu.

Jest udowodnione, że spośród wszystkich zawodników jestem najczęściej poddawana kontroli. Dyskryminacja? Tak uważam – napisała Williams kilka dni temu na Twitterze.

I rzeczywiście – według raportu opublikowanego w czerwcu tego roku na stronie Deadspin, Serena była w tym sezonie sprawdzana już 5 razy. Inni amerykańscy tenisiści? Raz lub w ogóle. Tylko, że skarżenie się z tego powodu jest ryzykowne. Wywołuję falę podejrzeń, domysłów, że może sportowiec ma coś do ukrycia.

Williams uważa twardo, że jest dyskryminowana przez amerykańską agencję antydopingową (USADA). Że agencja uparła się na nią. Mimo, że przecież kontrole mają charakter losowy. Serena narzeka na ich częstotliwość.

Wytrwały, wytrwalszy, del Potro. Tenisista o niezwykłym harcie ducha

Z jednej strony po ludzku można to zrozumieć. Jeśli 36-latka jest faktycznie najczęściej kontrolowaną przedstawicielką amerykańskiego tenisa, to może to irytować. Ale z drugiej, nie jest anonimową zawodniczką, tylko zdobywczynią 23 tytułów wielkoszlemowych w singlu. Przez tyle lat nabrała chyba świadomości, z czym wiążą się wszelkie sukcesy. Także z kontrolami, z ludzką podejrzliwością. Tym bardziej, że niedawno na dopingu wpadła inna wielka gwiazda kobiecego tenisa – Maria Szarapowa. W obliczu tego narzekania Sereny są nieco dziwne, gdyż mogą siać w kibicach niepewność dotyczącą jej czystości.

Trudno zrozumieć, czemu Williams decyduje się na wylewanie takich żali. To paliwo dla wszystkich wielbicieli teorii spiskowych. Ona powinna mieć tego świadomość. Jak także tego, że kontrole są dziś nieodłączną częścią sportu i służą sportowcom. Pomagają im, a nie przeszkadzają. Czyszczą rywalizację z nieuczciwych zawodników, przywracają w fanach wiarę w uczciwość zawodów. Jakakolwiek krytyka dopingowych kontroli jest więc mocno ryzykowna. Stawia pod znakiem zapytania intencje krytykującego – czy chodzi jedynie o samo narzekanie na częstotliwość sprawdzeń, czy też chęć ukrycia czegoś, co jest trudnym do zrealizowania zadaniem przy wielu kontrolach. Takie dywagacje w stosunku do wielkiej mistrzyni, jaką jest Serena Williams, w ogóle nigdy nie powinny mieć miejsca. A jednak występują od czasu pojawia się w Internecie zacytowanego wyżej Twitta autorstwa Sereny.

Mamy cichą nadzieję, że Williams jeszcze wycofa się z tych słów. To by przywróciło pełne zaufanie do niej. Nie byłoby wówczas takich komentarzy, jak ten:

No, jeżeli sportowiec narzeka, że jest często poddawany kontroli antydopingowej, to musi być w tym coś nie tak. Albo po prostu już nie wytrzymuje, albo… coś jest na rzeczy, bo coś po prostu, kolokwialnie mówiąc „ukrywa”. A w przypadku Sereny Williams natychmiast podejrzewałbym tę drugą możliwość. Bo wiem, że kontrole antydopingowe mogą być uciążliwe dla sportowców, niemniej jednak są konieczne, żeby na przykład kibice mogli wiedzieć, czy sportowiec jest czysty, czy za przeproszeniem, robi kibiców w who ya (autor: ~kkos)

Iga Świątek wyciąga wnioski z błędów „Isi” i „Jerzyka”

Jeśli Serena nie ma nic do ukrycia, to nie powinna narzekać i rzucać mocnych słów o dyskryminacji. Inaczej domysłów i przypuszczeń może być coraz więcej, a to uderza w samą zawodniczkę, jak i całą dyscyplinę.

Roger Federer przy okazji różnych wywiadów od lat powtarza, że kontroli antydopingowych jest w tenisie za mało. Że sam jest zbyt rzadko poddawany takim sprawdzeniom. I nagle wychodzi Serena, która mówi dokładnie co innego. Narzeka, że ktoś się z nią bawi i non stop wzywania do kontroli. Dwoje największych tenisistów ostatnich lat i dwa różne podejścia do kwestii dopingu. Oby różnica polegała tylko na innym podejściu – a nie na tym, że on nie bierze (przy okazji nie krytykuje), a ona bierze (i dlatego krytykuje).