Inspirował Milesa Davisa, Ridleya Scotta i Stallone’a – kim jest pierwszy czarnoskóry mistrz świata w boksie?

  • Redakcja

Równo dwa tygodnie temu jedna z najważniejszych osób na Świecie postanowiła ułaskawić pewnego pięściarza za sprawę sprzed 87 lat. Jak można się domyśleć sam oskarżony nie żyje już od 72 lat. Donald Trump siedząc w swoim wygodnym fotelu pewnego dnia dostał telefon od Sylwestra Stallone’a, który przedstawił mu historię Jack’a Johnson’a – pierwszego czarnoskórego mistrza Świata wagi ciężkiej w boksie bez kategorii na rasę. Ta historia tak poruszyła prezydentem USA, że postanowił jej się dokładnie przyjrzeć, po czym postanowił uhonorować tę legendę, poprzez pośmiertne ułaskawienie. Na ceremonii oprócz aktora można było zobaczyć takich wybitnych bokserów jak Lennox Lewis czy Deontay Wilder. W ostatnich dniach poinformowano również, że nowe studio producenckie Stallone’a chce zadebiutować filmem o historii Johnsona. Parę dni później środowisko Ridleya Scotta też dało sygnał, że ten wybitny reżyser też jest zainteresowany życiem i karierą czarnoskórego pięściarza. Kim jest (a właściwie kim była) ta osoba, która zwróciła uwagę tak wpływowych postaci sportu, polityki, filmu i muzyki?

Czy aby na pewno równi?

Jack Johnson urodził się w 1878 roku w Galveston w stanie Teksas. Jego ojciec był szkolnym dozorcą, a matka praczką, co nie wynikało z ich umiejętności, a bardziej z tego, że – jako byli niewolnicy – nie mogli przeskoczyć pewnego pułapu zarobkowego. To też spowodowało, że mały Jack nie mógł sobie pozwolić na beztroskie dzieciństwo – od najmłodszych lat nie brzydził się żadnej pracy zarobkowej: zamiatał, prał, sprzątał i wszystko po to, żeby dorzucić się rodzicom na wspólne dobra.

Z roku na rok stawał się coraz bardziej postawnym młodzieńcem, toteż w wieku parunastu lat postanowił wziąć się za udział w nielegalnych walkach bokserskich w swoim rodzinnym mieście. Jeszcze przed siedemnastką był uznawany za jednego z najlepszych pięściarzy w Galveston. Rok później w 1896 roku rząd USA wprowadził w życie zasadę „separate but equal”. Polegała ona segregacji rasowej w praktycznie każdej dziedzinie życia. To miało na celu oddzielenie (seperate) białej rasy od czarnej z zaznaczeniem znaku równości pomiędzy nimi (eqaul). Wszyscy zdajemy sobie sprawę jak to wyglądało w praktyce: czarnoskórzy byli traktowani gorzej w każdym segmencie życia. Przez to kariera Johnsa musiała wyhamować. Pierwszą znaczącą walkę odbył pięć lat później w 1901 roku i była ona nielegalna, za co później trafił do więzienia na 23 dni.

Mistrz czarnych.

Jak widzicie nie było mu łatwo przedrzeć się przez pięściarską karierę. W następnym roku po wyjściu z więzienia Johnson miał na koncie 27 wygranych walk. W tamtych latach, jak na 23 latka, był to bardzo dobry wynik. Wtedy walki bokserskie miały też inny format i niektóre z nich trwały niespełna 30 rund! Jim Jeffries, który był wówczas mistrzem Świata, doskonale wiedział o istnieniu bohatera tego tekstu. Unikał jednak pojedynku z Johnsonem jak mógł, aż w 1905 roku ogłosił zakończenie kariery. Powodem była niska motywacja pięściarza, wynikająca z tego, że pokonał wszystkich białych bokserów, którzy byli dostępni na rynku. Nikt mu nawet wtedy nie wypominał pominięcia Johnsona, który w tamtym czasie zdobył mistrza Świata czarnych. Wspomniana wcześniej zasada „seperate byt equal” dotyczyła również sportu, toteż mistrzowie Świata w boksie (wtedy jeden z trzech najbardziej popularnych sportów w Ameryce) dzielili się na białych i czarnych.

Johnson równolegle do swojej kariery sportowej prowadził równie burzliwe życie towarzyskie. Po tym jak rozstał się z narzeczoną, którą znał jeszcze z lat dzieciństwa związał się z prostytutką, która po trzech latach okradła go i uciekła. Obie były czarnoskóre i pięściarz postanowił po drugiej stracie już nie wiązać się z kobietami o takim samym kolorze skóry. Od tamtej pory był już tylko z białymi kobietami, który parały się najstarszym zawodem na Świecie. Galveston Giant wiedział czym to może grozić – od 1901 do 1910 roku przez utrzymywanie kontaktu z białymi kobietami zabito 754 czarnoskórych mężczyzn. Johnson jednak nic sobie z tego robił. Czuł, że u boku „białych” może osiągnąć więcej.

Money talks.

Tommy Burns, tak samo jak Jeffries, odmawiał pojedynku z Little Arthurem. Kanadyjski mistrz Świata nie widział interesu w walce z czarnoskórym pretendentem, mimo tego, że tamten jeździł za nim po całym Świecie, próbując go sprowokować do spotkania w ringu. Wtem znikąd pojawił się pewien australijski promotor, który zaproponował kolosalną gażę jak na tamte czasy dla zwycięzcy pojedynku Burns vs. Johnson. 30 tysięcy dolarów zadziałało na wyobraźnie mistrza Świata, który był przekonany, że pokaże miejsce w szeregu swojemu rywalowi.

W Sydney 26 grudnia 1908 roku Johnson dostał w końcu swoją szansę. Publiczność była wyraźnie za Kanadyjczykiem, ale 30-latek nic sobie z tego nie robił. Przez całą walkę bawił się ze swoim rywalem, upokarzając go na każdym kroku. Tak jakby chciał sobie odbić te wszystkie lata, kiedy jego talent i pracowitość były marginalizowane. W pewnym momencie doszło do zamieszek i policja musiała przerwać pojedynek w 14. rundzie. Sędzia nie udawał, że nie widział tego pojedynku i przyznał tytuł mistrza Świata Jack’owi Johnson’owi. Co innego telewidzowie, którzy nie mogli zobaczyć końcówki starcia, gdyż telewizja postanowiła przerwać transmisję. Pokazywanie tryumfu „czarnego” było zbyt kontrowersyjne i nie przyjęłoby się z aprobatą białego społeczeństwa, które trzymało władzę. Amerykanin oprócz gigantycznego dopływu gotówki zyskał sławę i coś, czego mu nikt nie odbierze – tytuł pierwszego czarnoskórego mistrza Świata w boksie bez podziału na rasę.

Niekończąca się impreza.

Można było się domyśleć, co nastąpi po osiągnięciu szczytu przez Johnsona. Pięściarza porwało nocne życie, dziewczyny, hazard i alkohol. Zyskał sławę w półświatku i czuł się królem Świata. Wiedział, że dokonał czegoś bez precedensu i zamierzał się rozkoszować życiem, które przez lata biedy było mu obce. Galveston Giant zaczął czuć, że żyje.

W tym czasie Amerykanie poszukiwali gorączkowo kogoś kto by mógł zdjąć z tronu czarnoskórego fighter’a. Poszukiwania nic nie dały, więc zaczęto namawiać Jima Jeffriesa do powrotu. Już gdzieniegdzie wtedy zaczęto używać stwierdzenia „ostatnia nadzieja białych”, które doskonale nam się kojarzy z naszym Andrzejem Gołotą. Jeffries miał poczucie misji i postanowił wrócić do formy na pojedynek (m.in. musiał zrzucić 41 kg.), którego jeszcze parę lat temu tak bardzo unikał.

W mieście Reno w stanie Nevada 4 lipca 1910 roku na oczach 42 tysięcznej publiczności doszło do pojedynku, który był jako pierwszy w historii boksu zapowiadany jako „walka stulecia”. Teraz ten slogan jest już dosyć wytarty i co roku mówi się o takiej walce, ale wtedy to wydarzenie miało szczególny wymiar. Johnson po raz kolejny udowodnił swoją wyższość nad kolejnym utytułowanym pięściarzem i pokonał go przez nokaut w 15. rundzie. Ameryka zaczęła płonąć. W wielu miastach doszło do zamieszek na tle rasowym, w których zginęło 20 osób. Kiedy to się działo, bohater czarnoskórej publiczność liczył swoją rekordową gażę w wysokości 65 tysięcy dolarów. Znów mógł na dłuższy czas oddać się rozkoszom życia.

Gdzie sport nie pomoże, tam ustawa zrobi swoje.

Amerykanie byli bezradni. Nie wiedzieli co mają zrobić, żeby zatrzymać tę – jak oni to nazwali – „czarną zarazę”. W roku, w którym obronił tytuł mistrza Świata wprowadzono ustawę Manna, która w dużym skrócie zabraniała handlu kobietami pomiędzy stanami. Wspominałem o zamiłowaniu Johnsona do prostytutek, które w tamtych latach zaowocowało otwarciem przez niego nocnego klubu w centrum Chicago. W „Coffe Champion” wówczas można było spotkać wiele Pań, którym dana profesja nie była obca jak i gangsterów, którzy „pilnowali interesu”.

W 1913 roku sąd uznał Johnsona winnym naruszenia ustawy Manna. Do wyroku wystarczyło zeznanie jednej z kobiet, w którym potwierdziła że pięściarz pojechał z nią do innego stanu. Wyrok wydała ława przysięgłych, która była złożona z osób o białym kolorze skóry. Amerykanie w końcu mogli stłamsić Johnsona i uspokoić nastroje w społeczeństwie, które poważnie narastały z powodu „sukcesu czarnucha”. Little Arthur nie czekał na apelację, tylko uciekł z kraju z daleka od rządu, który nie mógł poradzić sobie z jego sukcesem. Za granicami przebywał 7 lat i regularnie toczył walki w Europie i Ameryce Południowej.

Dwa lata później po ucieczce, w 1915 roku, Johnson stoczył pojedynek z Jessem Willardem w Hawanie. Jego przeciwnik był rosłym i silnym pięściarzem, który dbał o siebie przez całe życie, żeby dożyć takiej chwili jak ta. Johnson był na zupełnie innym biegunie. Jego rozrywkowe życie zaczęło wymykać się spod kontroli – coraz częściej można było usłyszeć o tym jak bił swoje partnerki i nadużywał alkoholu. Willard ku uciesze „białej Ameryki” wygrał ten pojedynek przez nokaut w 26. rundzie. Od tamtej pory nie było równie długiego pojedynku o mistrzostwo Świata w wadze ciężkiej.

Powrót do kraju i poddanie się karze.

Pięściarz, nie widząc dalszych perspektyw poza USA, postanowił wrócić do kraju w 1920 roku i oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości za wyrok, na który został skazany 7 lat wcześniej. Po roku przerwy w życiorysie wrócił jeszcze do boksu, ale nigdy nie osiągnął tego co w poprzednich latach. W wieku 50 lat skończył zawodową karierę. Nadal jednak utrzymywał się z boksu, bo aż do 67 roku życia dawał regularnie walki pokazowe, na które był duży popyt. Każdy chciał zobaczyć legendarnego Johnsona. Możliwe, że dałby jeszcze więcej takich „pokazówek”, gdyby nie śmiertelny wypadek 1946 roku – Galveston Giant zginał w samochodzie, który sam prowadził, co wydaje się być cudowną alegorią jego życia.

„Racja, jestem czarny i nie pozwolę im o tym zapomnieć”.

Przez lata Johnson stał się inspiracją dla wielu twórców. W pierwszym akapicie wspominałem o współczesnym Hollywood, ale w 1970 roku Jim Jacobs postanowił na podstawie scenariusza Alana Bodiana zrealizować film o Johnsonie. Tytuł tego filmu to po prostu „Jack Johnson”. Sam film nie odniósł kasowego sukcesu, ale ścieżka dźwiękowa, którą zrobił sam Miles Davis po latach jest uznawana za jego jedno z lepszych dzieł. Było to pomieszania jazzu z rockiem, co było wypadkową bliskiej relacji jazzmana z Jimim Hendrixem. Co prawda sławny rockman nie przyłożył się do płyty, której obecna nazwa to „A Tribute to Jack Johnson”, ale można tam usłyszeć inspiracje Hendrixem. Jedyne słowa na tej płycie, które można usłyszeć to kwestia Brocka Petersa, który grał główną rolę w filmie: I’m Jack Johnson – heavyweight champion of the world! I’m black! They never let me forget it. I’m black all right; I’ll never let them forget it” (Jestem Jack Johnson – mistrz Świata wagi ciężkiej! Jestem czarny! Nie pozwolili mi o tym zapomnieć. Racja, jestem czarny i nie pozwolę im o tym zapomnieć) – miał powiedzieć któregoś razu Jack Johnson.  

Dziś znów nazwisko Johnsona (pięściarza, bo jest jeszcze Jack Johnson – piosenkarz) znów wróciło na usta nie tylko fanów boksu, ale i całej popkultury. Widocznie taka legenda może żyć wiecznie.

 

Dominik Bożek