Po SGP w Warszawie: była moc! Choć samego ścigania nieco mniej

  • Redakcja

To była wyjątkowa runda cyklu wyłaniającego żużlowego mistrza świata. Głównie przez specyficzne miejsce – PGE Narodowy, zdolny przyjąć ponad 50 tys. głodnych sportowych wrażeń kibiców.

Pod względem organizacyjnym premierowy w sezonie 2018 turniej stał na wysokim poziomie. Zawody przeprowadzono sprawnie, choć nie obyło się bez nieplanowanych przerw. Arbiter z Danii Jesper Steentoft stanął na wysokości zadania, prowadząc tak prestiżową imprezę. Nie podjął też żadnej decyzji, po której można byłoby mieć wątpliwości.

Pomiędzy wyścigami o utrzymanie wysokiej temperatury na wypełnionych po brzegi trybunach dbali wodzireje. Wszystko odbywało się na światowym poziomie, a jednocześnie było tak bardzo nasze, polskie. Gdy po 8. wyścigu z głośników dobył się charakterystyczny głos Zenona Martyniuka śpiewającego swój wielki hit pt. „Przez twe oczy zielone”, publika oszalała, refren jeszcze długo zostawał w uszach. Swoją drogą… też macie wrażenie, jak Maciej Maleńczuk, który w jednym z wywiadów stwierdził: „Ja „widzę dźwiękiem”, więc kiedy coś słyszę, zmienia mi się to na obraz. I słysząc Zenka Martyniuka, widzę jajecznicę, żółto-białe barwy”?. Jajecznica, czy nie, fakt pozostaje faktem: trybuny Narodowego były tego dnia raczej biało-czerwone.

Porównując widoczność ze stadionu w Warszawie do choćby tej z toruńskiej Motoareny, wówczas dużo korzystniej dla odbioru widowiska wypada Toruń. Tyle, że na obiekcie im. Mariana Rosego zasiądzie lub będzie stało maksymalnie 17 tys. fanów. A trzeba przyznać, że huk, jaki pulsuje, a później niesie się na 50-tysięcznym stadionie, na którym o pierwszą pozycję ściga się reprezentant Polski, zostawia za sobą niesamowite odczucie. Dokładnie tak było podczas dwóch półfinałów i biegu finałowego.

Oglądając tylko te dwa powyższe materiały można stwierdzić, że nawierzchnia warszawskiego toru była wymagająca. Szpryca miała swój poważny ciężar, a i pod koniec zawodów na pierwszym łuku pojawiły się koleiny. Mimo to, nasi reprezentanci z Maciejem Janowskim na czele, mogą być zadowoleni z liczby zdobytych punktów. Z drugiej strony, na co szczególną uwagę zwrócili komentujący Mirosław Jabłoński oraz Tomasz Bajerski, Polacy ze zbyt wielką nonszalancją prowadzą swoje motocykle. Czym to się objawia? Przede wszystkim niebezpiecznym ściąganiem nogi z haka. Taki manewr spowodował, że w drugim półfinale już po biegu wywrócił się Bartosz Zmarzlik.

„Staram się mówić po polsku, nieźle mi to idzie, ale nie jestem w stanie udzielać wywiadów w tym języku, bo często ktoś zadaje pytanie zwrotne i na nie już nie potrafię odpowiedzieć. Bardzo proste jest dla mnie powiedzieć „Bardzo dziękuję polskim fanom”. Szanuję ich – bez nich nie byłoby nas, nie byłoby tego sportu. Oni przyjeżdżają, by nas podziwiać” – po zawodach stwierdził triumfator Tai Woffinden (przegladsportowy.pl).

Bez dwóch zdań Brytyjczyk wie, jak zyskać przychylność trybun. Jest nie tylko znakomitym żużlowcem, ale i niezwykle bezpośrednim w kontakcie człowiekiem. Choć przecież mógłby „gwiazdorzyć”, zachowywać – jak na dwukrotnego mistrza świata przystało (?) – większy dystans.

Oceniając zaś samą rywalizację, trudno nie zgodzić się z Patrykiem Dudkiem, który po zawodach w Warszawie powiedział, że:

„Generalnie rzecz biorąc było fajnie. Dziesięć punktów zdobyłem. Szkoda półfinału, bo liczyłem, że wygram start. A przegrałem o cały motocykl, choć bieg wcześniej idealnie wystrzeliłem z tego trzeciego pola. Szkoda, ale tor się trochę rozwalał. Niestety. Mniej ścigania było w tym roku. Takie są jednak sztuczne tory” (espeedway.pl).

Grand Prix Polski w Warszawie, niezależnie od nieco mniejszej porcji ścigania, okazało się frekwencyjnym i organizacyjnym sukcesem. Jest dobrą promocją żużla na świecie. I dowodem, że sport ten potrafi czasem wyjść poza, niekiedy przypisywaną mu, prowincjonalność.