Pomysł Marka Cieślaka: „Black Friday” w żużlu

  • Redakcja

Mieliśmy w ostatni weekend rozdmuchaną, właściwie światową, choć głównie amerykańską, akcję wielkich wyprzedaży w sklepach. Zniżki były najróżniejsze, często jednodniowe, najczęściej w piątek – pierwszy po Święcie Dziękczynienia. Trener kadry narodowej i forBET Włókniarza Marek Cieślak zaproponował obniżkę kwot, za jakie zawodnicy mają podpisać kontrakty w klubach. Czy prezesi tychże klubów podziękują Cieślakowi za ten pomysł? I czemu uważamy, że wcielenie go w życie będzie graniczyło z cudem?

Od wielu lat sumy, jakich żądają często średni zawodnicy PGE Ekstraligi są po prostu z kosmosu. Gdyby taki przykładowy, typowy szwedzki „prezio” miał do czynienia z TAKIMI oczekiwaniami dostałby albo zawału albo czym prędzej musiałby strzelić na szybko łychę typu Svensk Ek. Wiadomo, że cały ten żużlowy, wspaniały cyrk utrzymują Polacy – sponsorzy, magistraty, wreszcie kibice. To u nas, wedle powszechnej i bardzo bliskiej prawdzie opinii, wszystko w tym sporcie jest „naj”. Oczywiście istnieją także patologiczne sytuacje, w tym finansowe. Marek Cieślak w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” stwierdził: „Powiem szczerze, że jestem przerażony obserwując to co się dzieje w polskim żużlu pod względem wynagrodzeń. Z roku na rok ceny mocno idą w górę, a przecież kluby nie mają już skąd brać dodatkowych środków. Obyśmy nie obudzili się za późno i znów nie musieli ratować części ośrodków”.

Szkoleniowiec forBET Włókniarza wiele w tej pięknej dyscyplinie sportu widział, sporo przeżył. I choćby z tego tytułu można mu wierzyć i potraktować poważnie niezbyt optymistyczny wariant „ratowania części ośrodków” w przyszłości. Dobrze, że taki głos pojawił się teraz, gdy ekstraligowe kluby dostaną co najmniej milion złotych ekstra z tytułu nowej umowy telewizyjnej. Znaczy jest dobrobyt. A jak kasa się zgadza, nikt o przyszłości za bardzo nie myśli. Tym bardziej, że przecież kilka lat temu ustalono oficjalne limity za podpis pod umowami. Zawodnicy mogą dostać maksymalnie 150 tys. zł za parafkę pod kontraktem i 4 tys. zł za każdy zdobyty punkt. Biorąc pod uwagę gigantyczne koszty, jakie ponoszą te sumy nikogo na kolana nie powalają. Co się więc robi? Oficjalnie jest, jak powinno. Nieoficjalnie zawodnik podpisuje np. kilka dodatkowych umów ze sponsorami działającymi przy klubie. No. Czyli tzw. regulamin finansowy to jedna wielka bujda. Iluzja. A żużlowiec i to wcale nie z topu może negocjować długo i twardo. Najlepsi są w stanie wyszarpać nawet 600 tys. zł za podpis i jakieś 8 tys. za punkt.

„150 tysięcy złotych za podpis, to kwota, którą może wystarczyć zawodnikom na dorobku, a nie najlepszym na świecie, którzy startują w Grand Prix. Moim zdaniem najprostszym rozwiązaniem byłoby podzielenie żużlowców na odpowiednie kategorie i wprowadzanie osobnych limitów dla każdej grupy. Chyba wszyscy zgodzimy się, że mistrz świata ma prawo zarabiać więcej niż junior. To rozwiązanie ma też inne zalety. Gdyby w przypadku najlepszych żużlowców, limit regulaminowo wynosił na przykład 400 czy 500 tysięcy złotych za podpis, to ograniczylibyśmy w jakimś stopniu szkodliwą licytację. Zawodnikom niespecjalnie opłacałoby się zmieniać klub i ryzykować, że po transferze nowy zespół nie wypłaci mu dodatkowego kontraktu sponsorskiego. Już sama gwarancja wypłaty 400 tysięcy złotych wielu by zadowoliła i zniechęciła do szukania nowego klubu” – powiedział trener forBET Włókniarza.

Proste? Niby tak, ale tu powstaje pytanie, według jakiego klucza podzielić żużlowców? Rankingu najskuteczniejszych w sezonie poprzedzającym? To też wydaje się niegłupie. No dobra. Czemu więc uważamy, że ten pomysł nie przejdzie? Odpowiedź jest jeszcze prostsza: chciwość połączona z krótkowzrocznością. Klubowych szefów. I zawodników. Jesteśmy przekonani, że Marek Cieślak ze swoim dobrym pomysłem na placu boju z żużlowymi wiatrakami po prostu pozostanie sam…