Od euforii do żałoby w 30 dni. „W Bergamo każdy już stracił kogoś bliskiego”

Wspaniały występ piłkarzy Gian Piero Gasperiniego przeciwko Valencii, okraszony triumfem 4-1, zapewnił Atalancie historyczny sukces – awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, przystemplowany w rewanżu w Hiszpanii. Kibice i komentatorzy piali tamtego dnia z zachwytu nad ofensywnymi popisami Ilicicia i spółki, a fani z Bergamo świętowali do upadłego. Dziś wiemy już, że tamta noc była nie tylko świętem futbolu, ale też ucztą dla koronawirusa, który właśnie u podnóża Alp zbiera dziś najtragiczniejsze żniwo.

Żeby obejrzeć tamten mecz, z Bergamo do Mediolanu pojechało 40 tysięcy osób – grzmi ordynator oddziału pulmonologii miejscowego szpitala, Fabiano Di Marco. – Podróżowali autobusami, pociągami i samochodami. To była bomba biologiczna. Roznieśli w ten sposób zakażenie na niewyobrażalną skalę – dodaje Włoch. Jak podają włoskie media, na podobnym stanowisku stanęła właśnie miejscowa prokuratura, która wszczęła śledztwo w sprawie organizacji meczu. Zarzuty są bardzo poważne, w grę wchodzi nawet „zbiorowy zamach na ludzkie zdrowie i życie”.

Przypomnijmy, z uwagi na stan macierzystego stadionu czwarta siła ubiegłego sezonu Serie A swoje mecze w Champions League rozgrywa (rozgrywała?) na San Siro. Nie inaczej było w przypadku starcia z Nietoperzami, na które z radością wyruszyła do stolicy Lombardii rzesza kibiców Orobicich. 19 lutego sytuacja na Półwyspie Apenińskim była jeszcze daleka od dramatycznej, zagrożenie patogenem COVID-19 lekceważono i uważano za problem chiński.

Jak doskonale wiemy, niesłusznie. W całej Italii z końcem tygodnia liczba zakażonych wynosiła 46.6 tysiąca, blisko 5,5 tysiąca to podana w niedzielne popołudnie liczba zmarłych. Dane te mają jednak charakter jedynie szacunkowy, bo jak doskonale wiadomo, liczby te rosną w zastraszającym tempie. Głównym ogniskiem koronawirusa jest natomiast prowincja Bergamo, nie tylko w skali Włoch czy nawet Europy, ale na ten moment – całego świata.

Media nieustannie obiegają kolejne dramatyczne wieści z północnej Lombardii. Krew w żyłach mrożą nagrania z zatłoczonych oddziałów szpitalnych czy zdjęcia wojskowych konwojów wywożących z miasta ciała zmarłych, z których przyjmowaniem nie radzą sobie już miejscowe krematoria. Pochówek na miejscowym cmentarzu odbywa się co 30 minut. Świadectwem skali kataklizmu, jaki spadł na malowniczy region, są kolejne wydania lokalnej gazety, która zamieniła się w nekrolog. W Włoszech mówi się dziś, że w Bergamo każda osoba straciła już kogoś bliskiego.

Obserwując te sceny ciężko uwierzyć, że jeszcze miesiąc temu Bergamo fetowało historyczny sukces piłkarzy Atalanty. Dla klubu z prowincjonalnego miasta awans do 1/4 finału Ligi Mistrzów był cudownym zwieńczeniem najwspanialszego czasu w 112-letniej historii. Czarno-niebiescy są w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach dumą całego regionu, nie tylko dlatego, że dzięki wspaniałej „pracy u podstaw” zdołali dołączyć do ścisłej ligowej czołówki bez znacznych wydatków. Drużyna Gasperiniego zachwyca kibiców calcio porywającym, ofensywnym stylem i niepohamowanym głodem zdobywania bramek.

Mimo nieporównywalnie większych budżetów Juventus, Inter, Napoli, ale także Roma czy Milan mogą z zazdrością patrzeć na liczbę bramek zdobywaną przez niepozorną drużynę spod granicy ze Szwajcarią. O skali sukcesu świadczą wspaniale takie triumfu jak grudniowe 5-0 z ówczesną drużyną Krzysztofa Piątka, po którym co starsi kibice Rossonerich wieścili koniec świata. W ich głowach nie mieściło się, że maluczka Atalanta może ograć wielki Milan.

Dziś po tych niedawnych momentach wielkiej dumy i euforii w Bergamo nie ma śladu. Jeśli jednak za parę miesięcy gospodarze znów wybiegną na murawę Stadio Atleti Azzurri d’Italia, bez żadnych wątpliwości kciuki za nich trzymać będą nie tylko lokalni sympatycy, ale kibice na całym świecie.