Nie tylko „Dudek Dance”

Należy do niewielkiego grona najbardziej utytułowanych polskich piłkarzy. Jest trzecim rodakiem – po Zbigniewie Bońku i Józefie Młynarczyku – któremu było dane wznieść w górę Puchar Europy. Jego kariera przebiegła wręcz modelowo,  w 1996 roku jako 23-latek wyjechał z Polski, do której jako piłkarz miał już nigdy nie wrócić.

Co ciekawe wychowanek Górnika Knurów przez kilkanaście meczów na poziomie młodzieżowym grał na lewej stronie obrony. Szybko jednak stanął w bramce. I równie szybko wyjechał za granicę. Na boiskach ekstraklasy jako golkiper Sokoła Tychy zdołał bowiem wystąpić w zaledwie 15 meczach.

Pierwszym zagranicznym klubem Dudka był holenderski gigant, Feyenoord Rotterdam, w którym początkowo odgrywał rolę rezerwowego. Od 1997 roku był już pełnoprawnym zawodnikiem podstawowej „11” i jednym z bohaterów klubu: w sezonie 1999/2000 został uznany nie tylko za najlepszego bramkarza ligi, ale nawet zawodnika roku w Eredivisie.

Nic dziwnego, że rewelacyjnymi występami w Holandii zwrócił na siebie uwagę największych klubów Starego Kontynentu. Mówiło się np. o Barcelonie, Realu Madryt, czy Manchesterze United, ale Dudek, dla którego bramkarskim wzorem długo był Peter Schmeichel, ostatecznie w sierpniu 2001 roku przeniósł się do Liverpoolu. Za spore wówczas pieniądze, bo za 7,4 mln euro. I to w The Reds odniósł swój największy sukces w piłce klubowej, o czym wszyscy polscy kibice piłki wiedzą doskonale. 25 maja 2005 roku w Stambule stało coś, co na trwale weszło do kanonu światowego futbolu. A Dudek był jednym z głównych bohaterów absolutnie wyjątkowego wieczoru:

Po tym, jak na Anfield nastały czasy Rafy Beniteza, Dudek musiał zadowolić się rolą drugiego, po Jose Reinie, bramkarza. Bycie zmiennikiem nie mogło satysfakcjonować 60-krotnego reprezentanta Polski. Coraz częściej po jego głowie miotała się myśl o wyjeździe z Liverpoolu. „Opuszczałem Liverpool z zamiarem, by grać. Zrobić krok do tyłu, by potem wykonać dwa do przodu. Było wiele negocjacji, z dwa lub trzy tygodnie szukaliśmy klubu. Real był lojalny wobec mnie – ujęło mnie to. Zadzwonił do mnie Predrag Mijatović. „Jurek, ile potrzebujesz czasu? My zaczekamy. Do 14 lipca musisz nam powiedzieć, bo 16 lipca zaczynają się pierwsze treningi”. Miałem trzy tygodnie na podjęcie decyzji. W Betisie Sewilla się nie dogadałem i od razu zadzwoniłem do Madrytu” – opowiedział w jednym z wywiadów (polskathetimes.pl).

W stolicy Hiszpanii od początku było wiadomo, że Polak zagra tylko w nagłych sytuacjach, wchodząc do bramki w zastępstwie legendarnego Ikera Casillasa. Ostatecznie, w trakcie 5 lat zdarzyło się to zaledwie 2 razy, ale nie przeszkodziło to Dudkowi w zyskaniu ogromnego szacunku szatni Realu. Czym zaskarbił sobie wdzięczność tak wielkiego klubu? Ogromną pracą, wykonywaną na treningach, która motywowała Casillasa do jeszcze większego wysiłku. Nigdy też nie narzekał na swoją rolę. Zawsze był w pogotowiu.

Ostatecznie, w 2011 roku w wieku 38 lat Jerzy Dudek zakończył profesjonalną, bogatą karierę. Po zejściu z boiska imał się wielu rzeczy, by wspomnieć nie tylko o byciu ekspertem telewizyjnym, czy pisaniem felietonów dla Przeglądu Sportowego, ale i o udziale w reklamach, „ambasadorowaniem” w UEFA, prowadzeniem szkółki piłkarskiej, uczestnictwie w zawodach golfowych czy rajdach samochodowych. „Ktoś mi powiedział, że jestem hedonistą. Zauważyłem, że im więcej ludzie narzekają, tym więcej trudnych chwil na nich spada. W trudnych momentach, zwłaszcza po ciężkich meczach, miałem chwile załamania, ale robiłem wszystko, by trwało to krótko. Od razu chciałem się poprawić. Chciałem być pozytywną osobą” – przyznał.

Panie Jerzy, wszystkiego najlepszego!