„Against Modern Football”. Słuszna idea, gorsze wykonanie?

Światowe media grzmią w ten weekend o wojnie ultrasów z Monachium, Berlina i nie tylko z właścicielem Hoffenheim Dietmarem Hoppem oraz sternikami całego niemieckiego futbolu. Ich akcja w praktyce nie jest jednak wielkim zaskoczeniem: niemieccy fanatycy od lat prowadzą krucjatę przeciwko zmianom zachodzącym w futbolu i trudno oprzeć się wrażeniu, że choć ich idea jest szczytna i słuszna, to poszczególne postulaty – łatwe do obalenia.

Weźmy na warsztat najsłynniejszą z prowadzonych batalii – tą z RB Lipsk. Jak wiemy, niemieckim kibicom nie podoba się, że nowy, potężny inwestor zastrzykiem gotówki „w sztuczny sposób” zmienia podupadły klub w jedną z krajowych potęg. Ten sam zarzut pojawia się zresztą w przypadku Hoffenheim i pana Hoppa. Niestety, wydaje się słuszny tylko z pozoru. Jaka jest różnica pomiędzy RB a choćby Bayerem Leverkusen, który całą swoją potęgę zawdzięcza koncernowi farmaceutycznemu (o mrocznej przeszłości, czego nie powiemy o firmie Red Bull)? Podobne pytanie zadamy w kontekście innego klubu z względnie niewielkiego miasta, czyli Wolfsburga, którego byt całkowicie uzależniony jest od wsparcia potężnego Volkswagena. Kibice przekonali się o tym brutalnie, kiedy gigant motoryzacyjny popadł w poważne kłopoty za Oceanem, a przyszłość VfL stała się niepewna.

Kibice z Niemiec znajdą na to pytanie podstawową odpowiedź. Bayer i Wolfsburg to kluby o bogatej tradycji, wspierane przez lokalne koncerny od wielu dekad. Posiadają dzięki temu bogatą historię i tradycję. W porządku, choć i z tą uwagą trzeba być ostrożnym: „Wilki” w Bundeslidze grają ledwie od 1997 r., Leverkusen o prawie 20 lat dłużej, ale też bynajmniej nie od początku istnienia tej ligi. Jedyna różnica wydaje się polegać na tym, że RB Lipsk i Hoffenheim dopiero zaczynają pisać swoje najpiękniejsze karty historii – ten drugi klub robi to już zresztą od ponad dekady – a „Aptekarze” i piłkarze spod znaku VW zaczęli to robić wcześniej.

Prawidłowa pozostaje uwaga, że gdyby nie wsparcie potężnych sponsorów, żadnego z wymienionych klubów nie byłoby w elicie. A jednak, fani z Monachium, Dortmundu czy Berlina nie atakują Bayeru i VfL – łatwo im zatem zarzucić krótką pamięć i nierówne traktowanie poszczególnych klubów Bundesligi.

Inwalidą w tym kontekście jest także ten o słynnej zasadzie 50+, czyli stanowiącej fundament niemieckiego futbolu klubowego reguły, zgodnie z którą w rękach stowarzyszenia kibiców musi pozostać zawsze ponad 50 procent udziałów. Bayer i Wolfsburg jako kluby zakładowe nie stosują się do tej zasady. Dużo bliżej działania zgodnie z 50+ jest Hoffenheim, w którym Hopp posiada wprawdzie 100 procent akcji, ale jego głos na walnym zgromadzeniu (a o to przecież się rozchodzi) wart jest tylko 49 procent, czyli w normie. Poza wszystkim pamiętać należy, że wspomniana zasada jest zdaniem prawników niezgodna z niemiecką konstytucją (nie można zgodnie z prawem ograniczać komuś prawa do nabycia kolejnych udziałów w prywatnej spółce), a DFB od lat ma świadomość, że w ewentualnym sporze przed sądem nie uda się jej obronić.

Idealiści spod szyldu „Against Modern Football” również w innych kwestiach potrafią tworzyć postulaty kontrowersyjne. Wielu młodym kibicom nie spodobało się, że ultrasi Bayernu otwarcie wystąpili przeciwko inwestycji klubu w E-sport, co sprawia, że ruch ten traci potencjalnych zwolenników.

A szkoda, bo przecież ogólna idea jest słuszna. Widzimy, jak wiele demoralizacji wprowadzili do futbolu choćby inwestorzy z Bliskiego Wschodu, którym oprócz próżnych gwiazd z Neymarem na czele zawdzięczamy także gigantyczną inflację na rynku transferowym oraz rosnące nieustannie dysproporcje między najbogatszymi a resztą świata. „Nie możemy pozwolić, by nasza rozsądna polityka, inwestowanie w młodzież i tworzenie lokalnej wspólnoty były wyśmiewane, bo przychodzi nagle szejk i wykłada pół miliarda na nowych piłkarzy” – słyszymy z Monachium. Pełna zgoda, z tym że akurat RB Lipsk w młodzież inwestuje mocniej niż ktokolwiek inny, a kibicom ze wschodnich Niemiec Red Bull zapewnił dumę i emocje, których do niedawna mogli tylko zazdrościć rodakom z byłego RFN.

Teza zawarta w tytule wydaje się zatem uprawniona.