Jak zapamiętamy Grega Hancocka? (top5)

Nie ulega wątpliwości, że wraz ze wczoraj zakomunikowaną decyzją Grega Hancocka o końcu kariery, skończyła się jednocześnie, licząca około 30 lat, cała epoka w żużlu. Kalifornijczyk był ostatnim rywalizującym zawodnikiem, który łączył żużel z dość odległych, pierwszych lat 90. ze speedwayem współczesnym. „Opieka nad moją żoną i rodziną sprawiła jednak, że moje życie się zmieniło i nabrało innych perspektyw. Jestem zadowolony z moich sportowych osiągnięć, ale nadszedł czas by rozpocząć nowy rozdział. Ta decyzja była trudna, ale i słuszna” – napisał w specjalnym oświadczeniu.

Wymienienie wszystkich osiągnięć sportowych, zarówno indywidualnych, jak i drużynowych Amerykanina byłoby całkiem czasochłonne. Dość powiedzieć, że Hancock startował jeszcze w czasach sprzed Grand Prix, a później nieprzerwanie przez 19 lat nie opuścił żadnej (!) rundy cyklu. 50-latek wygrał łącznie 21 turniejów, w czym wyprzedzają go tylko Jason Crump (23) i Tomasz Gollob (22).

Co przychodzi nam do głowy, gdy wymawiamy nazwisko Amerykanina?

4x Indywidualny Mistrz Świata

Greg Hancock jest/był (cholera…) jednym z najwybitniejszych żużlowców w dziejach. Najdobitniej świadczą o tym aż 4 tytuły IMŚ – pierwszy zdobyty w wieku lat 27, ostatni niemal 20 (!) lat później. Choćby tylko ta statystyka pokazuje, że mieliśmy do czynienia z jednostką wybitną. Facetem, zaprzeczającym prawom obowiązującym w sporcie. Ok., miał kapitalnie przygotowane silniki, ale to tylko jedna strona medalu. Drugą był niewiarygodny wręcz upór i wytrwałość w dążeniu do celu. Był perfekcjonistą, który nie wzdrygał się przed testowaniem najróżniejszych nowinek technicznych.

Dżentelmen, wybitny startowiec

Czym także Hancock zawdzięczał swoją sportową długowieczność? Tym, że potrafił genialnie wychodzić spod taśmy startowej – to na pewno, w tym elemencie nie miał sobie równych w historii. Ale także, że mimo wielkich ambicji, potrafił odpuszczać. Jeżeli nie widział dla siebie szansy w danym biegu, nie wciskał się, nie taranował przeciwników, czym również zasłużył sobie na wielki szacunek przeciwników w tak drapieżnym sporcie, jakim jest żużel. „Herbie” w ogóle nie kojarzy się z ryzykanctwem, ba, trudno przypomnieć sobie jakąś poważną kontuzję, która była jego udziałem. Owszem, miewał je (np. w 2018 roku, gdy zwichnął bark po… nieszczęśliwym upadku ze schodów), ale były one – zwłaszcza biorąc pod uwagę żużlowy staż – czymś absolutnie wyjątkowym.

Kilka poważnych wpadek na koncie

Dobra, teraz trochę dziegciu. 50-latek w trakcie swojej długiej kariery w Polsce występował łącznie w aż 10 różnych klubach, ROW Rybnik miał być 11. W sumie nic dziwnego, normalka w tym fachu, zwłaszcza dla zawodnika z zagranicy. W rywalizacji o DMP zdobył w sumie 11 medali, w tym 2 złote, ale na pewno nie wszędzie jest jednoznacznie dobrze wspominany. We Wrocławiu bowiem do dzisiaj wypomina mu się nieobecność podczas finału ligi z 2004 roku. Hancock nie zdołał wówczas dolecieć ze Stanów, co ostatecznie pogrzebało szanse ówczesnego Atlasu Wrocław w starciu z Unią Tarnów. W 2012 roku zaś – już jako zawodnik tarnowskich Jaskółek – spóźnił się na mecz w Toruniu, co mogło kosztować jego zespół awans do finału rozgrywek. Ostatecznie jednak, po ogromnych perturbacjach, Unia pokonała Unibax i ostatecznie zgarnęła złoto, wygrywając w finale ze Stalą Gorzów.

Ring wolny, przeciwnik: Nicki Pedersen

Kolejna rysa na wizerunku Amerykanina. Człowieka w pierwszym kontakcie otwartego, wyluzowanego, uśmiechniętego i serdecznego. Jakież było zdziwienie, gdy w czerwcu 2015 roku wydarzyło się to:

Hancock kompletnie stracił kontrolę nad sobą, co nawet w obliczu hejtowanego wówczas niemiłosiernie Nickiego Pedersena nie powinno się zdarzyć.

Propagator żużla i nadzieja na jego odrodzenie w USA?

„Grin”, nawet mimo kilku wtop, był bez wątpliwości postacią ikoniczną dla żużla. Mistrzem. Facetem, który niemal  do rangi sztuki wyniósł wyjście spod taśmy i rozegranie pierwszego łuku. A do tego znakomicie dbał o swoją autopromcję. Teraz środowisko liczy, że te jego już tylko pozatorowe walory + mistrzowska aura przyczynią się do odrodzenia speedwaya w kraju, który wydał przecież nie tylko Hancocka, ale i takich rajderów jak: Billy Hamill, Sam Ermolenko, Bruce Penhall, Lance King, czy braci Shawna i Kelly’ego Moranów… Dziś żużel w Stanach leży. Ale może uda się go dźwignąć, w końcu coraz silniej myśli się o zorganizowaniu za oceanem turnieju Grand Prix, a i najstarszy syn Grega, Wilbur jest mocno zainteresowany pójściem w ślady ojca. „Chociaż kończę swoje ściganie, to nie planuję całkowicie zejść ze sceny. Mam plany, które sprawią, że wciąż będę blisko sportu. Zobaczymy jak to się potoczy w najbliższych tygodniach” – napisał Hancock.

A tymczasem: dzięki Mistrzu za lata wspaniałej jazdy!