Klinsi, daj sobie spokój…

Był bez wątpienia znakomitym piłkarzem – mistrzem świata i Europy, królem strzelców Bundesligi i dwukrotnie najlepszym zawodnikiem roku w Niemczech. Jako selekcjoner kadr narodowych także miał całkiem spore sukcesy. Ale po przygodzie z Herthą wiemy na pewno, że nie powinien brać się za prowadzenie klubów – zwyczajnie się do tego nie nadaje.

Jurgen Klinsmann jeszcze za swoich piłkarskich czasów lubił zadziwiać otoczenie. Miał na przykład szczególne upodobanie, żeby po ulicach rozbijać się Garbusem, podczas gdy jego koledzy z boiska wymieniali kolejne BMW na Porsche. Gdy już zszedł murawy i został trenerem jego niekonwencjonalność znalazła nowe pola. Najpierw w reprezentacji Niemiec, z którą zajął 3. miejsce na mundialu 2006, później zaś w jego drugiej, amerykańskiej ojczyźnie. Klinsi nie tylko powodował wstrząsy w drużynie dokonując na pierwszy rzut oka niezrozumiałych decyzji (m.in. odsunął od pierwszego składu Olivera Kahna czy nie zabrał Landona Donovana na MŚ w Brazylii), lubował się przede wszystkim w nietypowych formach przygotowań. A miał oko na wszystko: od treningu fizycznego przez mentalny po taktyczny (choć akurat ten ostatni był jego zdecydowanie najsłabszą stroną), zaordynował nawet niemieckiej reprezentacji czerwone koszulki, które w jego mniemaniu miały onieśmielać rywali, a u jego zawodników podnosiły poziom agresji… Otaczał się przeróżnymi ludźmi, specjalistami w swoich dziedzinach, niekiedy niekoniecznie związanymi z piłką nożna np. dyrektorem sportowym kadry Niemiec miał być… były selekcjoner hokeistów na trawie. I o ile jeszcze w ramach pracy z reprezentacjami pewne rzeczy mogły przejść po burzliwych dyskusjach, o tyle w ramach klubu jego nonkonformizm i iście amerykański, trochę efekciarski styl pracy częściej drażnił decydentów.

Przekonał się o tym szybko, gdy w lipcu 2008 roku został trenerem Bayernu Monachium. A to organizacja kierowana w tamtym czasie przez samych zasłużonych dla niemieckiej piłki obywateli. Klinsmann jakoś nie złapał wspólnego języka z żadnym z przedstawicieli monachijskiego triumwiratu: Hoeness-Rummenigge-Beckenbauer i już w kwietniu kolejnego roku musiał pakować manatki i wyszydzany (pomnik Buddy w klubowym ośrodku to był jego pomysł…) wylatywać do swojej Kalifornii. Teraz jego staż w Berlinie potrwał jeszcze krócej, bo zaledwie 10 tygodni. Co więcej, 55-latek zostawił po sobie wyjątkowy bałagan. „Forma, w jakiej Klinsmann zrezygnował z prowadzenia zespołu, byłaby zrozumiała, gdyby dotyczyła dziecka. Ale dorosła osoba nie powinna tak się zachowywać. W świecie biznesu nie można tego akceptować” – powiedział główny sponsor klubu, Lars Windhorst. Trener bowiem zakomunikował światu o swojej decyzji przez Facebooka, czym ostatecznie przekreślił swoje szanse na pozostanie w zarządzie klubu.

Hertha ma spore ambicje, a tam gdzie są i one i worki pieniędzy, tam po prostu muszą wytworzyć się zwalczające się obozy. Windhorst to postać główna, ale nie jedyna. Karty rozdaje tam także prezes Werner Gegenbauer oraz dyrektor sportowy Michael Preetz, który szczególnie mocno zalazł za skórę Klinsmannowi. „W ostatnich tygodniach wiele razy posprzeczaliśmy się. Moim zdaniem tylko jedna osoba podejmuje decyzje i jest nią trener. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że dyrektor siedzi na ławce rezerwowych i dyskutuje na temat piłkarzy czy sędziów” – powiedział mistrz świata z 1990 roku.

Cały ten galimatias w nowym klubie Krzysztofa Piątka jest spektaklem, w którym trudno znaleźć kogokolwiek wygranego. Nie jest nim na pewno Klinsmann, który kolejny raz dowiódł, że jest człowiekiem nieprzejednanym, nieskorym do jakichkolwiek kompromisów i jako taki nie powinien działać w organizacjach pełnych, podkopujących się wzajemnie, koterii. Dziwna jest w tym wszystkim także postawa Windhorsta, który przecież musiał zdawać sobie sprawę z charakteru Klinsiego, z jego nietypowych metod, a mimo wszystko powierzył mu, tymczasową co prawda, misję budowy silnej Herthy, z której póki co nie wyszło absolutnie nic dobrego. Klinsmann jest, według nas, spalony w Niemczech na długi czas, być może już nikt nie będzie chciał go zatrudnić jako opiekuna pierwszego zespołu. Ale i Hertha, mówiąc po prawdzie, wydaje się w tej chwili mało atrakcyjnym miejscem pracy, co ponoć dał odczuć władzom klubu kreowany na następcę Klinsmanna, Niko Kovac. Chorwat odmówił przejęcia schedy po mistrzu świata z 1990 roku już teraz, być może zdecyduje się na to po zakończeniu sezonu. Oby tylko – pisząc z perspektywy Piątka – targany wewnętrznymi konfliktami berliński zespół nie znalazł się wówczas w 2. Bundeslidze, co byłoby tam ostateczną katastrofą.