Korzeniowski znów w wodzie, cel: zapisać się w historii

Gdy przed trzema laty Paweł Korzeniowski, a więc multimedalista mistrzostw świata i Europy, 4-krotny olimpijczyk i wielokrotny mistrz oraz rekordzista Polski, komunikował światu o końcu kariery, na pewno nie spodziewał się, że jeszcze otworzy się przed sobą możliwość powrotu. Co ciekawe, jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli, zostanie dołączony do pływackiej kadry Polski na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie w Tokio!

To rzecz wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Nigdy bowiem wcześniej żaden polski spec od pływania nie brał udziału w najważniejszej imprezie w świecie sportu aż 5 razy. Korzeniowski debiutował w 2004 roku w Atenach, gdzie zresztą na swoim koronnym dystansie 200 metrów stylem motylkowym osiągnął najlepszy wynik olimpijski – 4. miejsce. Rok później zaś w Montrealu zdobył złoto MŚ, co jest jego największym wyczynem w ogóle:

W tym czasie trenerem Korzeniowskiego (jak i Otylii Jędrzejczak) był Paweł Słomiński. Obaj panowie rozstali się w 2010 roku w mało przyjaznej atmosferze. Dziś Słomiński jest szefem Polskiego Związku Pływackiego, a także trenerem choćby Radosława Kawęckiego. I człowiekiem, który niejednokrotnie mówił o problemach, trapiących prowadzoną przez niego organizację oraz o przyczynach tego, że z polskim pływaniem jest źle, a na pewno nie tak, jak w czasach Jędrzejczak i Korzeniowskiego. Czy powrót tego drugiego może coś tu zmienić?

Po pierwsze, decyzję o ponownym wskoczeniu do basenu przez 34-latka należy oceniać bardzo pozytywnie z czysto sportowego powodu. Ale też można się tego było w jakimś stopniu spodziewać, bo Korzeniowski zupełnie nie odszedł ze swojej branży – po, jak się okazało, czasowym zrezygnowaniu z profesjonalnej kariery, zajął się triathlonem. Osiągane wyniki i ogólna kondycja sprawiły, że zaświtała mu w głowie myśl o powrocie na „zawodową” pływalnię. Co więcej, jest na tyle doświadczonym zawodnikiem, że postanowił obyć się bez trenera. Sam sobie jest „sterem, żeglarzem, okrętem”, a na treningi – co często podkreśla – przychodzi z ogromną przyjemnością.

Pełen wigoru i energii do pracy Korzeniowski, a więc pływak „z nazwiskiem” na pewno jest w stanie skupić na sobie uwagę wielu, powodując tym samym choćby chwilowy wzrost zainteresowania dyscypliną, która nie cieszy się u nas tak dużą estymą jak 15 lat temu. Tylko, czy za tą jednostkową decyzją mogą pójść inne dotyczące np. puszczenia szerszego strumienia pieniędzy do Związku? Szczerze wątpimy. Powrót Korzeniowskiego jest za to na pewno istotny dla młodszych kolegów, którzy będą mieli możliwość rywalizować z jednym z największych polskich pływaków XXI wieku.

Zadaniem głównym stojącym przed 34-latkiem jest załapanie się do olimpijskiej sztafety 4 x 100 metrów stylem dowolnym. Aby tak się stało, w dniach walki o minima (1 luty-24 maja) musi postarać się o jeden z czterech najlepszych czasów w tej konkurencji. Przy czym „musi” nie właściwym sformułowaniem. Korzeniowski już swoje zrobił, więc nikomu nie musi niczego udowadniać. Teraz chce głównie sprawdzić samego siebie. Swój charakter, możliwości organizmu. I oczywiście zapisać się jeszcze trwalszym atramentem w historii polskiego olimpizmu. „W ostatnich latach dla zabawy startowałem w mistrzostwach Polski mastersów i dość szybko zorientowałem się, że przy minimalnym treningu osiągam niezłe wyniki. Gdyby obecni reprezentanci Polski pływali 100 m stylem dowolnym w okolicach 47 s, to nawet nie pomyślałbym o powrocie. Jeżeli jednak po kilkunastu treningach tracę do najlepszych tylko nieco ponad sekundę, to wiem, że warto się postarać” – przyznał w rozmowie z Przeglądem Sportowym.

I to jest właśnie cień, jaki pada w związku z decyzją Korzeniowskiego. Bo faktycznie, jeśli dawny mistrz nie potrzebuje wcale dużo czasu, by móc walczyć z najlepszymi w Polsce, to to niezbyt dobrze świadczy o obecnym poziomie naszych reprezentantów. „Następców i kandydatów do walki o medal czy nawet finał olimpijski nie jest zbyt dużo, dlatego nie przekreślałabym szans Korzenia na walkę o kwalifikację także w konkurencjach indywidualnych” – skomentowała Otylia Jędrzejczak. I za to, wracającemu do poważnej rywalizacji (+zawstydzającemu młodsze pokolenia) Korzeniowskiemu należą się rzęsiste brawa.