Na co stać rezerwy Legii Warszawa?

Dotychczas trzykrotnie zespoły rezerw potrafiły dochodzić do finału Pucharu Polski. W 1952 roku były to rezerwy Legii Warszawa, w 1975 ekipy ROW Rybnik, a w 1993 Ruchu Chorzów. Oczekiwanie od bohaterów nadchodzącego pojedynku z Piastem Gliwice nawiązania do sukcesu sprzed 67 lat byłoby szaleństwem, niemniej z uwagą będziemy przyglądać się dzisiaj potencjałowi ewentualnego zaplecza pierwszej drużyny Wojskowych. 

Debata na temat przydatności drużyny rezerw dla klubów naszych lig trwa od bardzo dawna. Jedni w umiejętnym prowadzeniu tego zespołu widzą szansę na wypromowanie nowych talentów i budowanie linii ciągłego przejścia z „dwójki” do „jedynki”. Drudzy natomiast do tej kwestii podchodzą nieco lekceważąco przypisując rezerwom poszczególnych drużyn łatkę zwykłego produktu marketingowego i potencjalnego „Klubu Kokosa” dla niewypałów transferowych. A jak cała sprawa wygląda w przypadku Legii Warszawa? Trzeba przyznać, że w szeregach ekipy znajdziemy elementy obydwu ze wspomnianych aspektów.

Z jednej strony to właśnie rezerwy wicemistrza Polski są odpowiedzialne za wypromowanie młodych talentów. Za ich pośrednictwem swoją pozycję w szeregach Legii budował powoli Michał Karbownik, zbierający naprawdę wysokie recenzje za obecny sezon, a także prosperujący do pierwszego składu Mateusz Praszelik oraz Maciej Rosołek. Spore doświadczenie w barwach rezerw stołecznej ekipy ma także Radosław Majecki – być może liczba awansów na wyższy szczebel nie jest imponujący, niemniej doskonale wiemy, że nawet najlepsza Akademia nie gwarantuje corocznego awansu sporej grupy zawodników w szeregi pierwszego zespołu.

Jest jednak także druga strona medalu odnośnie funkcjonowania rezerw Legii Warszawa. Trzeba przyznać, że to przy okazji spotkań właśnie tej drużyny dość często widzieliśmy w akcji zawodników, którzy później okazywali się kompletnymi niewypałami transferowymi. Lista piłkarzy jest naprawdę długa: Hildeberto Pereira, Daniel Chima Chukwu czy Cristian Pasquato to tylko niektórzy, kojarzeni z występami na boiskach czwartego poziomu rozgrywkowego w Polsce. W pełni zgadzamy się, że taka działalność ma sens, gdy zawodnicy pierwszego składu stawiają pierwsze kroki po długiej rekonwalescencji. Gdy jednak zostają tam na stałe, coś kompletnie nie gra.

Dziś także będziemy mieli okazję zobaczyć parę znanych twarzy. Oprócz młodych Rosołka czy Miszty z zawodników desygnowanych zwykle do pierwszego składu Legii znajdziemy także Salvadora Agrę oraz Ivana Obradovica. Szczególnie postawa tego drugiego może stanowić wielką niewiadomą: 31-latka na boisku, w oficjalnym spotkaniu, zobaczymy po raz pierwszy od 29 września 2019 roku. Wtedy to były zawodnik Anderlechtu także reprezentował barwy drugiej drużyny Wojskowych, gdy ta mierzyła się z Pogonią Grodzisk Mazowiecki.

Chociaż Legia II Warszawa, w tegorocznej edycji Pucharu Polski, ma na swoim koncie zwycięstwa nad Wigrami Suwałki oraz Odrą Opole, jakakolwiek wpadka w wykonaniu Piasta Gliwice uznawana będzie w kategoriach kompromitacji mistrza Polski. Fakt, rezerwy będą delikatnie wzmocnione zawodnika z pierwszej drużyny, niemniej z uwagi drugie starcie 1/8 finału w Łęcznej, trudno mówić o szczególnie prominentnych nazwiskach w tej ekipie.

Być może to jednak największy atut gospodarzy dzisiejszej potyczki. Dzięki zwycięstwu w finale Mazowieckiego Pucharu Polski przeciwko Błoniance Błonie, podopieczni Piotra Kobiereckiego rozpoczęli piękną przygodę, której zwieńczeniem jest pojedynek z aktualnym mistrzem Polski. Z jednej strony wykręcenie wyniku ponad normę, z drugiej chęć sprawienia sensacji na ogólną skalę może sprawić, że to właśnie w Ząbkach, a nie w Łęcznej, będziemy świadkami najciekawszego dziś starcia Pucharu Polski. Bo w realiach polskiej piłki już nic nas nie może zdziwić, prawda?

17:45 Legia II Warszawa – Piast Gliwice (kursy forBET 1 – 15.00, X – 6.80, 2 – 1.21)