A co tam, stać nas, żeby zabić żużel

W poniedziałek podczas spotkania przedstawicieli klubów „najlepszej ligi świata” jedną z kluczowych kwestii będzie decyzja, od kiedy w składach drużyn z PGE Ekstraligi będzie mógł startować jeden zagraniczny junior: od najbliższego sezonu czy od roku 2021? Niezależnie od terminu, skutki tego ruchu w dalszej perspektywie mogą okazać się opłakane.

Żużel w Polsce przeżywa czas prosperity, co oczywiście nie znaczy, że jest wolny od problemów. Jednak poziom zainteresowania kibiców, mediów, sponsorów jest w nas ogromny, a mistrzostwo świata wywalczone przez Bartosza Zmarzlika wywindowało go jeszcze wyżej, w rejony bliskie sufitu. Wychowanek Stali Gorzów po tak spektakularnym sukcesie jest zapraszany do najróżniejszych, dotąd mało kojarzonych ze speedwayem, miejsc. Wywiady w telewizjach śniadaniowych, udziały w konkursach itp. – wszystko to ma przybliżyć do „czarnego sportu” ludzi w temacie zupełnie „zielonych”. Niestety, w naszej opinii, nadchodząca decyzja (teoretycznie) odpowiedzialnych za rozwój żużla w Polsce, może spowodować, że torunee Zmarzlika będzie zupełnie bezowocne. I na kolejnego (innego niż Zmarzlik) mistrza świata przyjdzie nam znowu czekać dłuuugie lata.

Dlaczego uderzamy w tak histerycznie brzmiące tony? Bo szkolenie młodzieży to absolutna podstawa. Fundament sukcesu, co od trzech lat udowadnia choćby Fogo Unia Leszno. Jakie więc koronne argumenty – poza chęcią zdetronizowania Leszna – stoją za wprowadzeniem nienowego przecież pomysłu o juniorze z zewnątrz?

Honorowy, a wcześniej długoletni prezes PZM Andrzej Witkowski przekonuje, że: „Musimy pomóc zdolnym zawodnikom z innych krajów, bo patrząc na stawkę indywidualnych mistrzostw świata juniorów zaczynam się obawiać o przyszłość żużla. Widać wyraźnie, że nasi zawodnicy przerastają o klasę swoich rówieśników, bo ci nie mają gdzie zbierać doświadczeń. Dominacja Polaków w zawodach młodzieżowych, to nie jest już powód do radości. Aby ta dyscyplina się rozwijała musimy pomóc w szczególności Skandynawom, bo w przeciwnym razie za chwilę nie będą mieli żadnych zawodników. Jestem przekonany, że gdyby kilku żużlowców otrzymało szansę w PGE Ekstralidze, to po kilku latach sytuacja żużla w tych krajach byłaby znacznie lepsza” (cytat za: Przegląd Sportowy).

To jest myślenie życzeniowe i do tego bardzo uproszczone, bo według nas kluczowym problemem żużla nie jest wcale to, że młodzi zawodnicy np. ze Szwecji nie mają gdzie się ścigać. Ten sport jest po prostu coraz droższy, stał się ekskluzywnym klubem, do którego wejść mogą tylko ludzie naprawdę dobrze sytuowani. Tacy ze stabilnym zapleczem finansowym, pochodzącym głównie od zamożnych rodziców. I tu jest sedno problemów, tutaj należy upatrywać źródła braku chętnych do uprawiania tej dyscypliny. Zresztą Witkowski jakoś nie chce zauważyć innego zjawiska – w najróżniejszych mistrzostwach na minitorze Polacy w większości nie odgrywają żadnej znaczącej roli. Honorowy Prezes chce najwyraźniej, by taki, dajmy na to, młody Duńczyk, który na starcie ma przewagę finansową nad rówieśnikiem z Polski, już w wieku 16 lat trafiał do ekstraligowej drużyny i w niej regularnie startował. Kosztem, rzecz jasna, młokosa krajowego.

To prosta droga do kolejnej fali kryzysu ze szkoleniem najmłodszych adeptów w Polsce. Fali, która może okazać się tym razem zabójcza. Pan Honorowy Prezes nie pamięta, jakie szkody poczyniło wprowadzenie przepisu o zagranicznym juniorze w latach 2008-10? Najwyraźniej nie, ale nie ma się co dziwić, w końcu w tym czasie był pewnie przede wszystkim skupiony na temacie nowych, nieprzelotowych tłumików – sprawa ta zresztą nad Wisłą mocno nadszarpnęła jego wizerunek… Ale wróćmy do juniorów z zewnątrz – to przecież w dużej mierze ten zapis spowodował ogromny kryzys w wyszukiwaniu, a następnie trenowaniu krajowych, młodych riderów i to w ośrodkach z wielkimi na tym polu tradycjami, by wymienić choćby Toruń, Zieloną Górę, Częstochowę. M.in. w klubach z tych miast przez pewien czas zupełnie zapomniano o żmudnym i długoletnim procesie szkolenia na rzecz kupowania, licytowania się o podpis zagranicznego juniora, co właściwie do dzisiaj ma swoje negatywne konsekwencje. A jeszcze nie tak dawno prezes Ekstraligi Wojciech Stępniewski chciał wprowadzić ambitny plan-wymóg regularnego wypuszczania przez kluby nowych zawodników. Tyle, że ten zamysł okazał się zbyt ambitny i licencje żużlowe dostawali często ci, którzy tak naprawdę nie powinni.

Czy naprawdę wszystkie tęgie żużlowe głowy w Polsce nie były w stanie wypracować sensowych, realnych zmian w szkoleniu? Systemowych i rozłożonych w czasie? Otwarcie rynku dla młodzieżowców spoza Polski to pójście po najmniejszej linii oporu. Skrajność. Ale za to opłacalna, bo szybka, a my przecież nie lubimy czekać zbyt długo na efekty trudnej pracy u podstaw. Coś nam się wydaje, że ten ruch na dobre zamknie dopływ zdolnej, rodzimej młodzieży do żużla. Za to, wedle Witkowskiego, wspaniale rozwinie zawodników z innych krajów…

Jacek Hafka