Pięć i pół roku czeka Liverpool na zwycięstwo na Old Trafford, ogólnie zaś z ostatnich dziesięciu spotkań z Manchesterem United w lidze The Reds wygrali tylko jedno – przed rokiem na Anfield. Niedzielny hit Premier League to okazja, by dosadnie przekazać wielkiemu rywalowi to, na co jasno wskazuje tabela: teraz jest nasz czas.

Zespół Ole Gunnara Solsjkjaera przystąpi do szlagieru jako 14. drużyna w tabeli, po ośmiu kolejkach strata Czerwonych Diabłów do niedzielnego przeciwnika wynosi szalone 15 punktów. Lider z Liverpoolu wygrał przecież komplet spotkań, ostatnie punkty – z Leicester, przed przerwą na mecze reprezentacji – zostały przez Sadio Mane i spółkę wydarty w ostatniej akcji meczu. Przypominało to do złudzenia słynny… „Fergie Time”!

Nie tylko z tego względu można pokusić się o tezę, że jeśli dzisiaj nad którymś stadionów w Anglii unosi się aura sir Alexa Fergusona, to nie jest to Teatr Marzeń, a obiekt wicemistrza kraju. The Reds wykazują mentalność zwycięzców, z której słynęły zespoły legendarnego szkockiego menegera Manchesteru, ale przypominają United z wielkich czasów także pod względem poziomu motywacji, boiskowej zadziorności czy wiary we własną siłę.

„Ducha” sir Alexa próżno natomiast szukać na Old Trafford, jeśli Szkot pojawia się na stadionie, to osobiście – jego stan zdrowia pozwala już bowiem na oglądanie spotkań na żywo. Wizyty te muszą być jednak dla 78-latka ogromnym rozczarowaniem. Jego były norweski podopieczny miał przywrócić filozofię obowiązującą w tym miejscu przez ponad 20 lat kadencji Fergusona, zamiast tego Solskjaer, po świetnym początku pracy, popadł wraz ze swoimi zawodnikami w gigantyczne kłopoty. Dzisiaj w grze 20-krotnego Mistrza Anglii nie tylko nie widać myśli byłego, wielkiego menadżera – na ten moment nie widać żadnej koncepcji.

Przed spotkaniem, wśród dziesiątek zestawień i ciekawostek statystycznych przygotowanych przez brytyjskich dziennikarzy, pojawiło się jedno arcy-interesujące, które to Solskjaer powinien oprawić i powiesić sobie nad łóżkiem. Jest to porównanie pierwszych 29 spotkań w roli trenera: Kloppa w Liverpoolu i Norwega w Manchesterze. Zestawienie przypomina nam fakt, o którym wielu z nas zdążyło zapomnieć – początki genialnego Niemca w Premier League także były piekielnie ciężkie. Dopiero kiedy udało się dokonać kilku wzmocnień zgodnych z wizją Kloppa, The Reds z czasem zaczęli grać jak z nut.

Szkoleniowiec Manchesteru może więc powiedzieć: ja również potrzebuje czasu. Były napastnik ze Skandynawii zapowiadał zresztą już w maju, że zamierza w zespole dokonać rewolucji zgodnie ze swoją wizją drużyny. Ten plan miał być realizowany w lecie, to jednak nie powiodło się – United wprawdzie pozbyli się kilku piłkarzy o dużych nazwiskach, nie zdołali jednak załatać luk w defensywie. Winę za to ponoszą głównie klubowi dyrektorzy, ale po części także Ole, który pełni funkcję menadżera.

W przytoczonym porównaniu jest zresztą pewien haczyk: zespół Kloppa po pierwszych, niełatwych tygodniach, zaczął robić regularny progres. Jego niedzielny vis a vis lwią część swoich pozytywnych statystyk wyrobił na starcie swojej pracy. Potem było już tylko gorzej, od momentu podpisania długofalowej umowy z klubem przez Norwega Manchester bije przecież negatywne rekordy, których – z sympatii dla fanów Red Devils – nie będziemy przytaczać.

Tak czy inaczej, faworyt niedzielnego szlagieru może być tylko jeden. Wątpliwości nie mają eksperci, komentatorzy ani analitycy firm bukmacherskich. Wpływ na to ma także, potwierdzona już przez sztab szkoleniowy United, absencja Paula Pogby i Davida De Gei. Nie zagra także kontuzjowany od dłuższego czasu Eric Bailly, wątpliwe są występy Anthony’ego Martiala, Luke’a Shawa czy Aarona Wan-Bissaki.  Z wykluczonych z różnych względów piłkarzy Manchesteru można by przy odrobinie chęci ułożyć całą jedenastkę.

Powiedzieli byśmy: biednemu zawsze wiatr w oczy. To powiedzenie słabo jednak pasuje do klubu, który w ciągu ostatnich 6 lat wydał na piłkarzy ponad 800 milionów funtów.

17:30 Manchester United – 5.00, X –3.90,Liverpool – 1.71