O wrześniowym spotkaniu na Słowenii w dniu kolejnego meczu z Austrią nikt nie chciał pamiętać. „Nie liczy się, co było, ważne jest to, co teraz” – powiedział komentujący w TVP mecz na Łotwie Dariusz Szpakowski, odnosząc się tym samym do bezbramkowo zremisowanej konfrontacji z Austriakami. Zgadnijcie, co po wczorajszym, „porywającym” meczu na Łotwie mówią prezes PZPN-u, niektórzy z przedstawicieli kadry i mediów?

Z tego spotkania bierzemy wynik i pozytywne zwycięstwo. Na pewno nie będziemy się rozpływać, takie mecze musimy wygrywać jeśli chcemy jechać na EURO. W niedzielę musimy zagrać dobre spotkanie z Macedonią Północną i jeśli wygramy, jedziemy na turniej. Czas na przygotowania do kolejnego meczu” – powiedział Romanowi Kołtoniowi szef związku, Zbigniew Boniek. Czyli przyjechaliśmy, zobaczyliśmy, zwyciężyliśmy – by przytoczyć znaną sentencję.

Otóż to nie do końca tak. Owszem, po takim meczu, gdy twój przeciwnik w żaden znaczący sposób przed własną publicznością nie reaguje na wydarzenia boiskowe, nie ma co piać nad efektownym zwycięstwem 3:0. Triumfem, za którym stoi przede wszystkim jeden zawodnik – Robert Lewandowski. Tak, Sebastian Szymański nie spękał, obrona zagrała poprawnie, głównie dlatego, że nie miała, co robić – wszystko to nie zmienia faktu, że skórę Polakom na Łotwie uratował Lewy. Hejterzy wypomną, że „no tak, słaby przeciwnik, to Lewandowski trafia”, co według nas jest opinią mocno krzywdzącą. Fakt, że gracz Bayernu nie miał ostatnio dobrych chwil w reprezentacji, ale z drugiej strony – kto je od świetnego meczu z Izraelem miał? Grunt, że w ważnym momencie eliminacji Lewandowski zrobił to, co do niego należało: pokazał, że jest rasowym napastnikiem, szybko wykorzystując okazje i „ustawiając” tym samym całe spotkanie.

Jak to dobrze, że jest Lewy

Mecz, który był ciężkostrawnym daniem, takimi flakami z olejem. Nudnym, bez polotu, z jedynie kilkoma trochę ciekawszymi momentami. Po jego pierwszych 13 minutach trudno właściwie wskazać godne zapamiętania chwile i jakoś trudno uwierzyć Grzegorzowi Krychowiakowi, że „koncentracja całego zespołu była na bardzo wysokim poziomie od pierwszej do ostatniej minuty”. Grzesiu, nie była.

Coś nam się wydaje, że to, z jakim nastawieniem przyjeżdża zawodnik na kadrę jest w dużej mierze wypadkową jego sytuacji klubowej. Krychowiak błyszczy w Moskwie. Na drugim biegunie jest, mający spore problemy w Monaco, Kamil Glik, który po spotkaniu na Łotwie nie krył wkurzenia. „Pierwsze dwadzieścia minut zagraliśmy super, ale potem każdy już grał pod siebie, były zagrania piętkami, tylko po to, by strzelać bramki. Nie o to w piłce chodzi. Jako obrońca patrzyłem na to od tyłu i bardzo mnie to irytowało. Rzadko daję się wyprowadzić z równowagi, ale tym razem podzieliłem się w szatni swoimi przemyśleniami. Po tylu latach gry w piłkę chyba mogę sobie na to pozwolić. Ja do każdego meczu podchodzę z pokorą, a dziś nam tego brakowało” – zaznaczył w rozmowie z TVP Sport. W podobnym zresztą tonie wypowiedział się Kamil Grosicki: „Jesteśmy na tyle doświadczonym zespołem, że w tego typu meczach powinniśmy dobić przeciwnika. Dobrze zaczęliśmy, jednak długo brakowało tej kropki nad i, która pojawiła się dopiero po trzecim golu. Mecz wygrany, ale do zapomnienia”.

„Do zapomnienia”… A powinno być raczej „do zobaczenia”. Nie sztuką jest analizować spotkania, w których wychodzi niemal wszystko, tak jak było to właśnie z Izraelem. Cała trudność polega na tym, by zmęczyć oczy przed zapisem wideo meczu, takiego jak na Łotwie, w którym mimo miernej klasy przeciwnika, nie jesteś w stanie przez ponad 2/3 pojedynku zrobić niemal niczego dobrego. I wie to trener Jerzy Brzęczek. Problem w tym, że najwyraźniej nie potrafi przekazać swoich uwag zawodnikom, jakby nie miał na nich żadnego wpływu. I to jest – przed kolejną konfrontacją, tym razem z Macedonią Północną – bardzo smutny wniosek. Niedzielny mecz będzie najwyraźniej znowu „do zapomnienia”…

Jacek Hafka

Spotkanie Polski z Macedonią obstawisz już na stronie forBET – kursy: 1 – 1.39, X – 4.80, 2 – 9.00. Zobacz całą ofertę bukmachera na mecze eliminacji do Euro 2020.