Książę Quito pożegnał się z tenisem. Piękna, ale wyboista kariera

Victor Estrella to na pierwszy rzut oka tenisista, który przez wiele lat zawodowej tułaczki (tak, w jego przypadku to określenie pasuje wręcz idealnie, jest do niego skrojone), nie wyróżniał się niczym specjalnym. Tymczasem reprezentant Dominikany, który w nocy z wtorku na środę rozegrał ostatni mecz w karierze, śmiało mógłby zostać bohaterem biograficznego filmu, czy dobrej lektury. Książę Quito, legenda, mały wielki mistrz, a przede wszystkim człowiek, dla którego wszelkie problemy choć istniały, to nie były nie do rozwiązania.

Tyle jest ciekawych wątków dotyczących Victora Estrelli, że naprawdę nie wiemy od czego zacząć ten tekst, który ma posłużyć jako swego rodzaju biografia tego tenisisty. Zacznijmy może od tego, że pochodzi on z Dominikany, gdzie, jak można się domyśleć – tradycje tenisowe wręcz nie istnieją. Mówiąc dosadnie: ten sport interesuje tam jedynie niewielu. W konsekwencji – w kraju, gdzie numerem jeden jest baseball, trudno rozwinąć skrzydła jako tenisista, o czym na własnej skórze przekonał się nasz bohater.

Fakty są takie, że Estrella pierwszego oficjalnego meczu na poziomie ITF doczekał się dopiero w 2002 roku, czyli, gdy liczył 22 wiosny. Aby zobrazować to, jak późno to miało miejsce, warto przytoczyć, że w tym wieku Rafael Nadal i Novak Djoković mieli na swoim koncie wielkoszlemowe triumfy oraz zaliczyli liderowanie w rankingu ATP. Tymczasem zawodnik z Santiago musiał się cieszyć z pojedynczych startów w podrzędnych turniejach, których w ciągu kilku lat było jak na lekarstwo. Brak jakichkolwiek sponsorów, czy finansowania podróży ze związkowej kasy spowodowały, że, jeśli Estrella wychodził na kort, to albo miało to miejsce podczas karaibskich turniejów (których oczywiście nie było wiele), albo w Pucharze Davisa. Na nic zdało się to, że na 10 pierwszych spotkań w tych rozgrywkach tylko dwa razy poniósł porażkę, a wygrał między innymi z Pablo Cuevasem.

Punkt zwrotny

Mimo, że Estrella cały czas był przy tenisie, to jednak jego aktywność nie dotyczyła stricte zawodowych startów. W 2006 roku został sparingpartnerem portorykańskiej reprezentacji występującej w Pucharze Davisa i to okazał się kluczowy moment w jego karierze, której wówczas karierą nie można było nazwać. Podczas treningów jego potencjał został zauważony przez właściciela jednej z akademii, który następnie zaoferował mu sponsoring. Nie trzeba było miesiącami czekać na efekty, które przyszły natychmiast. Estrella, jako 25-letni „świeżak” w tourze, nie czuł się w gronie młodszych oraz bardziej obytych rywali nieswojo. W debiutanckim sezonie wygrał dwa turnieje ITF, a w 2007 roku do kolekcji dodał kolejne pięć tytułów. Regularnie osiągał kolejne skalpy, przez co trzeba było zwiększyć gablotę.

Stagnacja?

I tak sobie grał pan Estrella – młodszy nie był, a poziomu ITF przeskoczyć nie potrafił. Wprawdzie sporadycznie wygrywał mecze w turniejach rangi ATP Challenger Tour, to jednak nie było to na tyle regularne, aby określić go mianem tenisisty, który zadomowił się w tym cyklu. W progresie nie pomagały także kwestie zdrowotne – duży znak zapytania na jego karierze postawiła kontuzja łokcia, po odniesieniu której tenisista zastanawiał się nawet nad zawieszeniem rakiety na przysłowiowym kołku. Ostatecznie jednak wszystko zakończyło się z happy-endem: obeszło się bez operacji, Dominikanin wrócił do gry, a co więcej – zrobił kolejny krok w przód.

16 triumfów w zawodach ITF poprzedziło pierwszy poważny sukces poziom wyżej, czyli w Challengerach. Długo Estrella czekał na tytuł w tych rozgrywkach, ale doczekał się w 2011 roku, kiedy triumfował w Medellin. To jednak nie od razu doprowadziło go do sukcesów, które dopiero na niego czekały. Różnica była oczywista – grał rzadziej w Futuresach, a częściej w Challengerach, w których kolejne wiktorie święcił w 2013 roku (Bogota i Quito). I przy tym drugim mieście zostańmy na dłużej..

Książę Quito

Czym byłaby historia Estrelli, gdyby nie ekwadorskie miasto Quito, gdzie rozgrywany był turniej ATP. Cofnijmy się kilka miesięcy do genezy, bo przecież sama jego obecność w imprezach głównego cyklu nie była taka oczywista. W 2014 roku w jego karierze zmieniło się wiele – najpierw w marcu wszedł do TOP 100 rankingu ATP (jako 33-latek), a kilkanaście dni później – po 11 nieudanych próbach – zakwalifikował się do pierwszego w karierze wielkoszlemowego turnieju. Ta przygoda jednak nie trwała zbyt długo, bo w pierwszej rundzie French Open lepszy od niego okazał się sam Jerzy Janowicz!

Thomaz Bellucci, Paolo Lorenzi, Ivo Karlovic, Albert Ramos, Guido Pella, Feliciano Lopez, Martin Klizan – znane nazwiska, prawda? Przepis na pokonanie każdego z nich znalazł Estrella. I nie, nie mowa tutaj o jego całej karierze, a wyłącznie o trzech edycjach turnieju ATP w Quito, które spowodowały, że ma on ogromny wkład w współczesną historię tenisa. Bardzo rzadko zdarza się, aby jeden tenisista wygrywał turniej trzykrotnie i to trzy razy z rzędu. Jeszcze rzadziej ma miejsce, aby dokonywał tego gracz po 30-stce, nigdy nie zaliczający się do grona ścisłej czołówki. Tym bardziej jego wyczyn zasługuje na ogromny szacunek.

Symboliczny koniec

Tak się złożyło, że turniej ATP w Quito zniknął z tenisowego kalendarza i nie był rozgrywany w 2019 roku. W tym samym roku zawodową karierę zakończył Estrella? Przypadek?

39-latek na ostatni turniej wybrał sobie zawody Challengerowe w ojczyźnie, w mieście Santo Domingo. Jest to jego swego rodzaju spadek dla dominikańskiej społeczności – w końcu obywatele tego kraju właśnie dzięki niemu zainteresowali się tenisem, a bez jego wkładu, nie organizowano by w Dominikanie największego turnieju rangi ATP Challenger Tour w Ameryce Północnej.

Mimo, że Estrella w tym sezonie grał sporadycznie – głównie przegrywał, a ostatni oficjalny mecz w rozgrywkach ATP zaliczył w czerwcu, to był przygotowany na rywalizację w ojczystej imprezie. W pierwszej rundzie przy pełnych trybunach pokonał Marcelo Arevalo, co pozwoliło mu przedłużyć karierę o kilkanaście godzin. Na więcej go nie było stać – w meczu 1/16 finału zbyt mocny dla niego okazał się Thiago Monteiro. Po ostatniej piłce polały się łzy – szczęścia, czy smutku? Z jednej strony mowa o tenisiście, który wycisnął ze swojej przygody absolutnie maksimum. Z drugiej – przez wiele lat musiał zmagać się z ogromnymi problemami organizacyjnymi, które uniemożliwiały mu spełnianie marzeń.

Podsumowując…

Nadal uważacie, że istnieją bariery? Wciąż sądzicie, że czegoś nie można? Jeśli tak, to raz jeszcze zapoznajcie się z historią Estrelli, który pokazał, że nigdy nie jest za późno na spełnianie własnych marzeń, pochodzenie jest istotne, ale nie kluczowe, a wiek to tylko liczba. A, i zapamiętajcie. Książę Quito do końca pozostanie jeden.