Bożydar Iwanow: Emocje, gdzie te emocje?

Powrót do oglądania polskiej Ekstraklasy po tygodniu z Ligą Mistrzów bywa dość trudny. I zostańmy przy takim określeniu, choć jedna z moich znajomych wracając do biura po intensywnym weekendzie często mówi, że czuje się jakby dostała „gołym tyłkiem w twarz”. Ale spokojnie. Ja wiem, że nie możemy się równać z tymi Liverpoolami, Juventusami czy nawet Salzburgami, bo budżety, lepsi piłkarze itd. Europa będzie mam odjeżdżać coraz dalej, bo wiemy jakie zmiany w pucharach zafundowała nam UEFA. Słabych nikt nie chce. Niestety. Inni sobie radzą, my lubimy ponarzekać.

Co weekend słyszę z ust naszych trenerów tę samą wersję. Reporter stwierdza: „pierwsza połowa słaba, bez sytuacji, tragiczna”. Odpowiedź: „taktyczna, tak chcieliśmy grać, dobrze w obronie, umiejętnie się przesuwać.” Po dziewięciu bramkach jakie zobaczyłem w meczu Tottenham – Bayern czy siedmiu w rywalizacji Liverpool – Salzburg mogę dojść do wniosku, że tam zespoły przesuwają słabo, a z lekcji taktyki grozi im dwója. U nas większość boi się podjąć jakiekolwiek ryzyko, bo szkoleniowca zaraz wywalą, a piłkarz nie zagra odważnie do przodu, bo albo nie umie, albo ma zakaz.

Oczywiście, są wyjątki potwierdzające regułę i nie wypada wrzucać wszystkich do jednego wora, ale przyglądając się pierwszej połowie meczów Śląska Wrocław z Jagiellonią Białystok czy Piasta Gliwice z Legią Warszawa trudno o jakieś wyjątkowe doznania. Cracovia walczy o fotel lidera, pierwszy od bodaj ponad 40 lat, a na trybunach daleko od kompletu, bo i doznania takie sobie. Widza trzeba czymś przyciągnąć, niestety. Od lat powtarzam, że futbol to rozrywka.

„Widza trzeba czymś przyciągnąć, niestety. Od lat powtarzam, że futbol to rozrywka.”

Dlatego coraz rzadziej dziwi mnie fakt, że pod Camp Nou czy San Paolo w Neapolu spotykam polskiego kibica. Teraz chłopaków z Wodzisławia Śląskiego, którzy do Barcelony przylecieli dopingować Inter Mediolan. W samolocie do Warszawy sympatycznego fana „Blaugrany”, którego po wylądowaniu na Okęciu czekała jeszcze podróż do Częstochowy. 200 euro za bilet na mecz, pewnie prawie tyle za podróż i akomodację. Ale chce mu się, mimo że żona, która została w domu, podobno jego pasji nie podziela.

Taka tendencja może się pogłębiać. Dziś nikogo już nie oszukasz. Chcesz coś przeżyć, poczuć dreszcz emocji, musisz wyjechać. I oglądać jednak obcych. Jeszcze parę lat temu w roli komentatora jesienią dzieliłem pracę przy wielkich klubach w Lidze Mistrzów z wylotami z Legią Warszawa do Moskwy, Eindhoven, Bukaresztu, Tel Avivu i Lizbony na Ligę Europy. I proszę mi wierzyć, dla mnie też były to znaczące wydarzenia, często je wspominam, gdy ktoś pyta mnie o spotkania, które najmocniej zapadły mi w pamięć, zazwyczaj pojawia się Spartak Moskwa. To dla mnie, a jak musi to działać na najbardziej zagorzałego kibica?