Bożydar Iwanow: Postęp? Brak. Jest za to dużo szczęścia

Już dawno, a może nawet nigdy, selekcjoner reprezentacji Polski z tak dobrym startem w eliminacjach do dużej imprezy nie miał tak złej prasy jak Jerzy Brzęczek…

Zresztą, tak na dobrą sprawę, tzw. opinia publiczna kręciła na jego osobę nosem już w momencie zatrudnienia. Że nie ten kaliber, nie to doświadczenie, że zajęcie piątego miejsca w słabej Ekstraklasie z Wisłą Płock, praca w Lechii Gdańsk, czy w niższych ligach w GKS-ie Katowice i Rakowie Częstochowa to niewystarczające kryteria.

Potem doszły do tego niebroniące się aktualną formą powołania dla Jakuba Błaszczykowskiego, sięganie po siedzącego na trybunach we Włoszech Arkadiusza Recy, brak konsekwencji w kontekście ustawienia taktycznego i niewłaściwego korzystania z potencjału Krzysztofa Piątka. „Pio” wychodził rzadziej w „podstawie”, gdy był w formie w Italii niż wówczas, gdy przytrafiała mu się jej obniżka. Zastanawiam się też, jak musi się czuć Wojciech Szczęsny mając przed sobą wizję obserwacji, z perspektywy ławki rezerwowych, czterech ostatnich meczów w tym roku, które  – jestem o tym przekonany – dadzą nam awans.

Jednego czego nie brakuje Brzęczkowi to na pewno szczęścia. Najpierw było nim wywalczenie remisu w ostatnim spotkaniu Ligi Narodów w Guimaraes. Pewni pierwszego miejsca w grupie Portugalczycy wystawili mocno rezerwowy skład, przesadnie nie dążyli do zwycięstwa. Dzięki temu utrzymaliśmy pierwszy koszyk przed losowaniem grup eliminacji. W Dublinie z drugiego trafiliśmy nie na żadnego z „mocarzy”, ale na Austrię, która i tak w poniedziałek pokazała nam jak się gra w piłkę. Na PGE Narodowym znów mieliśmy mnóstwo szczęścia. Podobnie jak w Wiedniu czy Skopje.

Mamy klasę Roberta Lewandowskiego, snajperski instynkt Krzysztofa Piątka i idącego jak taran przy stałych fragmentach gry Kamila Glika. I ratujących nas bramkarzy. Ale pomysłu na grę, przećwiczonych kilku schematów, ciągle nie widać. To nadal tylko kontra, rzut rożny albo oczekiwanie że „Lewy” przepcha pilnujących go jak oka w głowie obrońców przeciwnika. A najgorsze jest to, że ta drużyna się przez te eliminacje nie rozwija. Postęp zanotowali Austriacy, coraz lepiej w piłkę grają Słoweńcy, a nawet Macedonia Północna. To budzi niepokój. Ale znów w sukurs przychodzi nam szczęście. W październiku czeka nas wyjazd na Łotwę i spotkanie w Warszawie z Macedonią Północną. Nie wierzę, by nie zdobyć w nich sześciu punktów i już po ósmej kolejce świętować awans. Pytanie tylko co dalej? Bo w turnieju finałowym czekać nas będą dużo mocniejsi rywale i zdecydowanie większa presja. A selekcjoner zmierzy się z zadaniem przygotowania zespołu do dużej imprezy, na czym połamały już sobie zęby bardziej tęgie głowy od tych, którymi dysponuje nasza obecna kadra. Samo szczęście tu nie wystarczy. I oby nie okazało się, że straciliśmy prawie dwa lata.