Co zrobić, żeby wyzdrowieć

W żużlowym Toruniu kac. Już naprawdę poważny, bo trudny do wyleczenia  – od ostatniej kolejki w PGE Ekstralidze wiadomo na pewno, że toruński klub po 43 latach nieprzerwanej jazdy w elicie, spadnie ligę niżej. Spadnie z hukiem, bo czy ktokolwiek mógł zakładać taki scenariusz? Ale dość jałowego narzekania. Mamy kilka sugestii, co należałoby zrobić, by pacjenta wydobyć z choroby, która od dłuższego czasu go prześladuje.

Wszystkich błędów i tak nie da, zwłaszcza patrząc z zewnątrz, wytknąć. Wiadomo, że – idąc tropem Adama Krużyńskiego – przyczyn jest kilka i są one na pewno głębsze niż może się z boku wydawać. Akurat Krużyński, czyli szef rady nadzorczej Get Well, po wygnaniu Jacka Frątczaka, zachował się więcej niż przyzwoicie, biorąc pełną odpowiedzialność za zespół, który został zbudowany. I prowadził go od początku czerwca (razem z Markiem Lemonem i Karolem Ząbikiem), mimo nawału obowiązków zawodowych w firmie Nice. Z jakim skutkiem prowadził? Wszyscy widzieli. Nie było nie tylko wyników, ale i atmosfery w parkingu, za co jednak Krużyński odpowiada w niewielkim stopniu.

Co musi zrobić Get Well, żeby wyzdrowieć? Jest kilka koncepcji, ścierają się podejście ewolucyjne z radykalnym. Naszym zdaniem na ewolucję już był czas, teraz pora na rewolucyjne zatrzęsienie posadami toruńskiego klubu. Oto nasze propozycje.

1. Tożsamość. Żeby większość kibiców nie odwróciła się plecami do klubu w jego najgorszym momencie, potrzebne jest odbudowanie tożsamości i bynajmniej nie o same kewlary w stylu lat 90. tu chodzi. Wielu fanom marzy się powrót do historycznej nazwy „Apator”. Sęk w tym, że Apator SA to spółka notowana na giełdzie, która niezbyt kwapi się, by za duże pieniądze wspomagać żużel, bo i po co? Kibice i tak operują jej nazwą, nie ma sensu więc pakować kasy tam, gdzie zapewniona jest darmowa reklama. Owszem, „Apator” to coś więcej. To symbol, mit. Czy torunianie będą mogli wrócić do tej rozpoznawczej, kluczowej nazwy? „Nowa nazwa będzie dwuczłonowa. Połowa będzie nazwą historyczną, a połowa będzie nazwą sponsora tytularnego” – powiedział właściciel klubu, Przemysław Termiński. Może więc – jeśli nie uda się z „Apatorem” – to „Stal”? Na pewno nie „Get Well”, bo to kompletnie się nie przyjęło, ani jako szyld drużyny, ani marka obecna na rynku.

2. Sztab szkoleniowy. Menedżerem drużyny musi być ktoś, kto pochodzi z Torunia i na żużlu „zjadł zęby”, kto zna dobrze przepastny regulamin, wreszcie ktoś, komu nikt nie podskoczy, nie zakwestionuje jego wyborów personalnych w trakcie meczu. Jaki tu jest wybór? Według nas jedyną sensowną opcją jest Tomasz Bajerski, czyli facet, który spełnia wszystkie powyższe warunki. A roboty menago od kilkunastu dobrych miesięcy uczy się w Poznaniu. To właśnie „Bayer” powinien być nową-starą twarzą toruńskiego klubu.

3. Zawodnicy. W mediach już pojawiają się kandydatury zawodników (Wiktor Kułakow, Jaimon Lidsey), którzy mieliby dźwignąć „Anioły” na ekstraligowy poziom. Kluczową sprawą jest jednak to, czy toruński klub będzie budowany na braciach Chrisie i Jacku Holderach. To spory dylemat. Obu stać na to, by w 1.lidze być liderami, ale co później? I czy przypadkiem Chris nie dostał już naprawdę zbyt wielu szans, z których nic nie wyszło? Australijscy bracia, tak czujemy, zapewne zostaną. Zapewne też do Torunia wróci Paweł Przedpełski. Dla odbudowy „toruńskiego trzonu” takie ruchy są naturalne, ale mamy poważne wątpliwości, czy sportowego rozwojowi także się przysłużą. No i na koniec sprawa podstawowa: juniorzy. Toruń ma w tej chwili zdecydowanie najgorszych młodzieżowców w Ekstralidze. Skoro więc szkółka Karola i Jana Ząbików nie radzi sobie w trudnych czasach, trzeba starać się o posiłki z zewnątrz. I nie ma co tu oszczędzać: lepiej zainwestować w dobrze rokującego juniora (Karol Żupiński? Bracia Curzytkowie?) niż w ponad trzydziestoletniego, polskiego seniora, który zamiast wykonywać swoją pracę należycie, ma ciągłe pretensje…

4. Nawierzchnia Motoareny. Toruński zadaszony tor od kilku sezonów nie jest sprzymierzeńcem gospodarzy. Tak, zdajemy sobie sprawę, że obiekt jest specyficzny, że doglądają go komisarze, że zawodnicy przyjezdni znają go jak własną kieszeń, ale czy naprawdę nie da się zrobić warunków do ścigania?! Nawet młodzi, nie mający problemów z pamięcią, kibice nie mogą przypomnieć sobie, kiedy widzieli jakąś sensowną akcję po zewnętrznej części toruńskiego toru np. na drugim łuku. Jeśli miejscowi nie mają startów, muszą nadrabiać ambicją i umiejętnościami na dystansie, no nie ma rady. Do tego jednak potrzeba nowej nawierzchni. I co ważne: powtarzalnej. (może warto byłoby zasięgnąć rady naukowców z toruńskiego uniwersytetu, skoro ci, co siedzą w żużlu wiele lat nie są w stanie rozgryźć tematu?).

5. Sposób przygotowań. Przed sezonem 2019 w Toruniu popełniono szereg błędów w tym zakresie. Skoszarowano zawodników, wyniki sparingów (najczęściej ze słabszymi) ukrywano, budowano jakąś dziwaczną aurę tajemniczości. To podejście wybitnie nie zdało egzaminu. Tak jak zresztą zbytnie zaufanie doświadczonym zawodnikom. Krużyński (za speedway.torun.pl): „Nasi zawodnicy przeżywają w tym roku spore problemy sprzętowe. To jednak nikogo nie usprawiedliwia, ponieważ wszyscy są profesjonalistami. Pewnie powinniśmy wywierać na nich nieco większą presję w zakresie zmian i zakupu nowych jednostek napędowych od innych i lepiej dysponowanych tunerów. Wielu z nich zawierzyło jednemu tunerowi, a te silniki po prostu nie jadą” – to także jest do zmiany.

Przed toruńskim klubem mnóstwo wyzwań: począwszy od odkopania tożsamości, przez zmiany personalne po organizacyjno-budżetowe. Tak wiele problemów nie pojawiło się znikąd, nawarstwiały się one przez kilka lat. Jeśli Toruń ma najszybciej, jak to możliwe wrócić do poważnego żużla, musi czym prędzej nacisnąć guzik: MODERNIZACJA.

Jacek Hafka