Kolejny trudny rok przed Glikiem? Niekoniecznie…

Po tragicznym w wykonaniu AS Monaco ubiegłym sezonie, w którym nagromadzenie negatywnych emocji w spokojnym na co dzień Księstwie osiągnęło poziom krytyczny, w tym wszystko miało ulec zmianie. Liczyli na to nie tylko sympatycy mistrza Francji z 2017 roku, ale też kibice nad Wisłą – oczywiście w kontekście Kamila Glika. Niestety, pierwszy mecz nowej kampanii był dla Polaka i jego zespołu totalną katastrofą. Powinniśmy zacząć się martwić czy to tylko złe dobrego początki? 

Symbolem ubiegłych rozgrywek, zakończonych przez Czerwono-Białych tuż na kreską, były sceny po wyjazdowym meczu ze słabiutkim Nimes, przegranym przez gości w fatalnym stylu. Kibicom puściły nerwy, w stronę piłkarzy poleciały różne przedmioty, a jednym z głównych bohaterów całego zajścia był Kamil Glik, który jako jedyny podszedł nieco bliżej sektora zajmowanego przez fanów znad Morza Śródziemnego.

W tym sezonie takich scen miało nie być, bo Monaco zaplanowało powrót na właściwe tory. Za realizację odpowiada ceniony fachowiec Leonardo Jardim, zwolniony przed rokiem przez władze klubu, targane jak cały klub potężnymi emocjami. Powrót na ławkę trenerską szkoleniowca, który doprowadził klub do mistrzostwa kraju i półfinału Ligi Mistrzów wróżył powrót na właściwe tory i oczywiście jest tak nadal…

…chociaż otwarcie nowej kampanii w wykonaniu ASM to prawdziwy koszmar, niestety pozytywnie na tle kolegów nie wyróżnił się Glik. Monaco poległo na własnym stadionie z Olymipique’em Lyon 0-3, a nasz rodak nie popisał się przy trzecim golu dla przyjezdnych – akcja bramkowa zaczęła się od jego straty. Reprezentacyjny obrońca nie dał rady zapobiec także utracie bramki na 0-1, mimo iż był tego bliski – Moussa Dembele wyskoczył jednak wyżej i zapakował piłkę głową do siatki. Ta bramka nie spada jednak na konto Glika, stoper nie był bowiem w tej sytuacji odpowiedzialny za krycie napastnika OL, a jedynie spieszył z pomocą. Tak czy inaczej – jeśli w drużynie przed sezonem panowały pozytywne nastroje, po tak dotkliwej porażce cały entuzjazm niewątpliwie uleciał już na starcie.

Czy to oznacza, że przed Monaco kolejny słaby i frustrujący sezon? Otóż – niekoniecznie. Mecz z Lyonem faktycznie okazał się katastrofą, ale wcale tak być nie musiało. Ręce do klęski gospodarzy przyłożył między innymi arbiter, który w absurdalnych dla wielu ekspertów okolicznościach wyrzucił z boiska Cesca Fabregasa, i to już w 30. minucie spotkania. Hiszpan dość przypadkowo nastąpił na nogi biegnącego przed nim rywala. Sędzia został przywołany do ekranu VAR i po ciągnącej się wiele minut analizie wlepił doświadczonemu pomocnikowi czerwoną kartkę. Fabregas tłumaczył sędziemu, że wzrok miał skupiony na piłce, frunącej w jego kierunku i faktycznie – tak właśnie było. Piłkarze biegli blisko siebie, nie jest w tej sytuacji wielkim zaskoczeniem, że doszło do nadepnięcia. Żółta kartka za nierozwagę – w porządku, ale czy należała się czerwona? Wyraziste zdanie w tej kwestii mieli komentatorzy francuskiej telewizji, którzy nie mogli uwierzyć w to co widzą.

Gra w 10-kę przez 60 minut to wysokiej jakości usprawiedliwienie. Dorzućmy do tego drugi argument: sposób tracenia bramek przez Monaco. Dwie spośród trzech padły w niecodziennych okolicznościach, które załamały wspierającego swoich piłkarzy przy linii Jardima. O trzecim trafieniu, po niefortunnym wyprowadzeniu piłki przez stopera, już wspominaliśmy, ale jeszcze bardziej abstrakcyjna była strata gola na 0-2. Memphis Depay huknął z 35 metrów w środek bramki, a golkiper gospodarzy przepuścił lecącą prosto w niego futbolówkę do siatki. Pomyłka koszmarna, ale powiedzmy sobie szczerze – tego typu wpadki nie będą zdarzać się codziennie, przeciwnie: prawdopodobnie był to pierwszy i ostatni taki gol stracony przez Monaco w tym sezonie. Podobnie ocenić można zachowanie Glika – tak proste błędy Polakowi nie powinny zdarzać się często, szczególnie, gdy jego forma pójdzie w górę.

Nie jest więc wykluczone, że porażka na otwarcie faktycznie była tylko jednorazowym falstartem. Teraz przed Monaco seria spotkań z nisko notowanymi przeciwnikami, jeśli więc Glik i spółka przestaną wręczać rywalom prezenty, a sędziowie nie będą rzucać kłód po nogi, może okazać się, że ten sezon wcale nie będzie tak tragiczny, jak moglibyśmy sądzić po piątkowym spotkaniu na Stade Luis II. Osobną kwestią jest dyspozycja naszego rodaka – pierwszy mecz był dla niego trudny, ale należy wierzyć, że wkrótce kapitan ASM wskoczy na odpowiedni poziom.