Bytom, Kozerki czy Warszawa? Dla Chwalińskiej bez znaczenia

Trzy tygodnie. Trzy tygodnie spowodowały, że Maja Chwalińska z tenisistki spoza TOP 300 rankingu WTA, stała się zawodniczką, która już wkrótce nie będzie miała problemów z grą w eliminacjach do imprez wielkoszlemowych (a przynajmniej podczas Australian Open). Ogromna w tym zasługa jej ostatnich wyników. Choć, jak wiadomo, te akurat są skutkiem wieloletniej pracy, to jednak zostaniemy przy tym, że te trzy tygodnie mogą być kluczowe w jej karierze.

Maja Chwalińska od kilkunastu miesięcy stopniowo pięła się w górę rankingu WTA, ale ogromny problem sprawiało jej dostanie się do TOP 300 – miejsca, z którego blisko już do eliminacji imprez wielkoszlemowych, a sporadycznie również kwalifikacji do turniejów WTA International. Gdy w końcu udało się przebrnąć przez tę barierę, to 17-latka ruszyła do przodu z jeszcze większą siłą.

Po tym, jak dąbrowianka okazała się najlepsza w Bytomiu oraz w Kozerkach, mówiło się, że ITF w Warszawie – WSG Open (pula nagród 60 tys. dolarów) – może okazać się dla niej za wysokimi progami. Z jednej strony nie sprzyjało zmęczenie po rozegraniu 10 meczów w dwa tygodnie, a z drugiej strony wyższy poziom przeciwniczek, co jest adekwatne do wyższej rangi imprezy.

Tymczasem Chwalińska jedynie potwierdza, że chce wykorzystać ten moment. Na dobrą sprawę to już go wykorzystała. W Warszawie jest już w finale, do którego awansowała po wygranej z Victorią Kan. Rosjanka z uzbeckimi korzeniami była bez szans i jedyne, co ugrała, to trzy gemy. Teraz Maja ma na koncie 14. wygranych spotkań z rzędu, a będąc dokładnym, to nawet 17. Dlaczego? Otóż w stołecznym turnieju świetnie radziła sobie nie tylko w singlu, ale także w deblu. W parze z Ulrikke Eikeri nie miały sobie równych i bez straty seta sięgnęły po drugi wspólny tegoroczny tytuł.

O ile debel to w przypadku planów startowych Chwalińskiej tylko dodatek do singlowych zmagań, to jednak ten sukces i tak jest warty odnotowania. Przede wszystkim pokazuje, że skoro ktoś uważa, że tenisistka może być zmęczona, to na pewno nie jest to ona, ani jej trener. Gdyby tak było, to po prostu nie zdecydowaliby się na podwójny start w Warszawie.

Nastoletnia reprezentantka Polski w niedzielny poranek powalczy o trzeci singlowy tytuł z rzędu oraz w karierze. Na jej drodze stanie Anastasiya Komardina, która chociaż obecnie jest notowana w rankingu WTA zaledwie jedno miejsce nad Chwalińską, to jednak w przeszłości miała już okazję być nawet 172. zawodniczką świata. Rosjanka na pewno wie, jak grać takie mecze, bowiem na swoim koncie ma 11 wygranych imprez ITF. Nasza rodaczka ma przewagę psychiczną nad niedzielną rywalką, bowiem już raz w tym tygodniu z nią wygrała – w ćwierćfinale debla:

Wiem, że jest leworęczna i gra bardzo płasko i mocno. Szczerze mówiąc nie wiedziałam jej żadnego meczu singlowego, ale na pewno to dziś zrobię, aby przygotować się taktycznie. Wydaje mi się, że po prostu muszę zaprezentować swój tenis – grać różnorodnie, na pewno muszę ją jak najwięcej ruszać – powiedziała Chwalińska na temat planu na niedzielny finał. Wyraźną faworytką bukmacherów jest Polka – kursy na to spotkanie można znaleźć w ofercie forBET.

Turniej WSG Open wchodzi w skład cyklu LOTOS PZT Polish Tour.

fot. LOTOS PZT Polish Tour