Anwil pręży muskuły

Trochę w cieniu przygotowań reprezentacji Polski do zbliżających się wielkimi krokami Mistrzostw Świata, poszczególne kluby rodzimej Energa Basket Ligi nabierają coraz wyraźniejszych kształtów. Ostatnio sporo zamieszania zrobili działacze klubu z Włocławka – dotychczasowe, a także bardzo możliwe transfery sugerują, że celem mistrzów Polski w przyszłym sezonie będzie nie tylko obrona tytułu, ale i pokazanie mocy w FIBA Lidze Mistrzów.

Wszystko zaczęło się od dość niespodziewanego pożegnania z rozgrywającym naszej kadry, Kamilem Łączyńskim. „Łączka” był wzorem koszykarza, który zrobił spore postępy, a działo się to właśnie w ekipie z Włocławka, w której występował od sezonu 2015/16. Dziś wiadomo już, że podpora Anwilu musi szukać sobie innego miejsca (za granicą?), co związane było ze zmianą przepisów, obowiązujących w EBL. „W związku ze zmianą przepisu i brakiem konieczności gry zawodnikami miejscowymi w każdej minucie spotkania, zmienia się nasza koncepcja budowy zespołu” – ogłosił prezes klubu, Arkadiusz Lewandowski. Chodzi, gwoli dopowiedzenia, o zniesiony wymóg gry dwóch Polaków w pierwszej piątce na rzecz systemu z obowiązkowymi 7 zawodnikami krajowymi w meczowej „12”. Anwil zaczął więc działać, a że cele ma ambitne, to jego aktywność dość szybko przybrała konkretne rozmiary. Z poprzedniego, mistrzowskiego składu zostali jedynie: Chase Simon, weteran Szymon Szewczyk oraz rezerwowy Igor Wadowski.

Pierwszym nabytkiem został Jakub Karolak, jednak to transfer amerykańskiego rozgrywającego Chrisa Dowe’a wzbudził znacznie większy zachwyt – wiadomo, 27-letni koszykarz od 2013 roku gra w Europie w silnych ligach, ostatni bardzo dobry sezon zaliczył w izraelskim Ironi Ness Ziona, gdzie na wysokim poziomie grał także w FIBA Europe Cup.

Następnie Anwil przygotował istną transferową bombę – ogłosił, że do Włocławka po pięciu latach przerwy wróci pewny reprezentant Polski, wyrwany Stelmetowi Zielona Góra, czyli Michał Sokołowski. „Sokół” w ekipie mistrzów kraju na pewno chce lecieć wysoko, skoro jeszcze kilka dobrych tygodni wcześniej mówił o wyjeździe za granicę. „Jestem głodny sukcesu” – powiedział na wstępie, sugerując, że ostatnio w Zielonej Górze – mimo równie dużego apetytu – nie nasycił się. Kto jeszcze trafił do kadry trenera Igora Milicicia i będzie mógł powalczyć o najwyższe cele? Serbski środkowy Milan Milvanović, który ostatnio zbierał niezłe recenzje w Treflu oraz Krzysztof Sulima, czyli gracz z sąsiedniego Torunia, w którym spędził ostatnie pięć lat życia.

To jednak nie – poza Sokołowskim – gracze pierwszego formatu. Za takiego można zaś uznać Ricky’ego Ledo, który ma zastąpić Ivana Almeidę. Ledo to zawodnik, który w Polsce nie zdarza się często. Niski skrzydłowy ze skromną przeszłością w NBA (Dallas, New York Knicks) może wejść w buty dotychczasowego ulubieńca publiczności z Wysp Zielonego Przylądka. Razem z Sokołowskim są w stanie stworzyć naprawdę mocny duet na pozycji nr 3.

Ledo już jest, 26-latek ma za sobą łącznie 28 meczów w NBA. Jeśli natomiast uda się ostatecznie zaangażować, a o tym piszą znakomicie powiadomieni dziennikarze z Litwy, Tony’ego Wrotena, wówczas to on, a nie Ledo będzie uchodził za największą gwiazdę w Anwilu i być może także w całej lidze. Były gracz BC Kalev Tallin to gość ze 145 meczami w NBA w CV (Memphis, 76ers) i świetnymi statystykami (15 pkt, 5 as. na mecz) w mocnej lidze VTB poprzedniego sezonu. Jest jednak jedno „ale” – Wroten miał już podpisać umowę z KK Zadar, o czym zresztą już zdążono poinformować. Wygląda na to, że oferta włocławian pojawiła się w naprawdę w ostatniej chwili i teraz idzie o to, by wymiksować się ze słowa danego klubowi z Chorwacji. Czy to się uda?

Tak czy siak, skład Anwilu coraz bardziej zaczyna przypominać solidną maszynę, którą piąty sezon (to klubowy rekord) z rzędu poprowadzi Milicić. Czy swoimi pomysłami doprowadzi mistrzów Polski do sukcesu na europejską skalę? Zadanie będzie piekielnie trudne, bo choć Anwil już ma zagwarantowany udział w fazie grupowej, to rywale m.in. AEK Ateny, Hapoel Jerozolima czy Banvit to rywale z topu Starego Kontynentu. Ostatnie ruchy transferowe mówią jednak wprost: nadchodzimy, możecie się nas obawiać.