Popis „ostatnich muszkieterów” w Sopocie

Nie Kamil Majchrzak, nie Marcin Matkowski w parze z Szymonem Wałkowem, a Mateusz Kowalczyk i Karol Drzewiecki to ostatnia nadzieja biało-czerwonych w trwającym turnieju rangi ATP Challenger Tour w Sopocie. To właśnie ten duet powstały wyłącznie na potrzeby Sopot Open broni naszego honoru w tej imprezie. I robi to w doskonały sposób – tenisiści w czwartek wywalczyli awans do półfinału rywalizacji w grze podwójnej, a przy okazji solidnie rozgrzali kibiców w ten niekoniecznie ciepły dzień.

Mateusz Kowalczyk i Karol Drzewiecki byli faworytami czwartkowego spotkania z Alexandrem Marino i Javierem Barranco-Cossano, ale niespodziewany przebieg gry spowodował, że kilka gemów przed końcem ich szanse były bardzo małe. Najlepszym tego potwierdzeniem niech będzie fakt, iż biało-czerwoni przegrali premierową odsłonę. Później było lepiej, bo w drugiej partii prowadzili nawet 3:1, ale ich radość nie trwała długo. Peruwiańsko-hiszpański duet wygrał cztery gemy z rzędu, przez co sytuacja zrobiła się krytyczna.

Wówczas rozpoczął się spektakl na korcie numer jeden. Licznie zgromadzeni kibice stworzyli iście daviscupową atmosferę, a doping był napędzany przez sympatyka z bębnem. Akurat kto jak kto, ale Kowalczyk w takiej atmosferze odnajduje się wyśmienicie. Polski duet w drugiej odsłonie wyszedł z ogromnych tarapatów – nie tylko odrobił stratę przełamania, ale co więcej – obronił piłkę meczową, a następnie wyrównał stan gry po tie-breaku.

Trzeci set, czyli w rozgrywkach deblowych supertie-break, był również bardzo ciekawy. Chociaż Kowalczyk i Drzewiecki na dobrą sprawę od samego początku byli z przodu, to jednak emocje towarzyszące tej partii były ogromne. Nie trzeba być w Sopocie, aby się o tym przekonać – wystarczy zapoznać się z radością Kowalczyka po wykorzystanym meczbolu:

W pomeczowej rozmowie bardziej aktywniejszy był Kowalczyk, który wpierw narzekał na decyzję supervisora, a następnie wzruszył się opowiadając o zawieszonej karierze. W końcu ostatni pełny sezon rozegrał on w 2017 roku – od tego czasu grywa głównie dorywczo. – Kibice nieśli nas niesamowicie. Szkoda tylko, że nie zagraliśmy na korcie centralnym, co dla mnie było niezrozumiałe i dziwne, ale taka była decyzja supervisiora. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie to zmienione. Cieszę się z tego wygranej, pokazaliśmy, że możemy grać na wysokim poziomie – zaczął niegdyś 77. deblista świata.

Brakuje my tych emocji, bo na co dzień się z nimi nie spotykam. Oczywiście – mam taką pracę, w której jest walka każdego dnia i to na wielu frontach, ale te emocje, które towarzyszą tenisowi, są nie do porównania. Ja kocham ten sport, robiłem to całe życie, to było dla mnie wszystko. Dobra, kończymy, bo łezka się kręci w oku – zakończył tenisista, który nadal ma szansę obronić tytuł Sopot Open. W ubiegłym roku Kowalczyk sięgnął po końcowy triumf wraz z Szymonem Wałkowem, teraz ma na to okazje wraz z Karolem Drzewieckim.

Polski duet w piątkowym meczu, którego stawką będzie awans do finału, zagra z Ivanem Gakhovem i Aslanem Karatsevem. Tym razem na korcie centralnym – ofertę na to spotkanie, ale nie tylko, można znaleźć u bukmachera forBET.

fot. Sopot Open

Z Sopotu, Michał Pochopień