To kto tak naprawdę jest mistrzem?

Oczywiście po czwarty w swojej karierze tytuł Indywidualnego Mistrza Polski sięgnął Janusz Kołodziej. Jednak to nie on, a Bartosz Zmarzlik był w trakcie (prawie) całych zawodów lepszy – z wyjątkiem kluczowego biegu finałowego. Czy aktualny regulamin IMP jest sprawiedliwy? Naszym zdaniem: nie.

Na wstępie zastrzegamy, że nie jesteśmy po niczyjej ze stron. Nasz obóz nie dzieli się na zwolenników świetnego Zmarzlika bądź fanów kunsztu Kołodzieja. Staramy się na sprawę spojrzeć najbardziej obiektywnie, jak tylko to możliwe. A owa „sprawa” mocno podzieliła żużlowych kibiców w naszym kraju.

Regulaminy są niekiedy po to, by je zmieniać. Naturalnie nie co chwila i bynajmniej nie, żeby tworzyć kolejne zasady dla samych zasad. To mocno gmatwa samą rywalizację sportową. Jej duch fair-play zaś podpowiada, by dokonać istotnych korekt. Jakich?

Po pierwsze należy dać sobie spokój z szukaniem winnych. Czasami bowiem ocena, który z zawodników zawinił i stał się sprawcą przerwania biegu jest wyjątkowo trudna. Z tego punktu widzenia, wybieranie takiego delikwenta przypomina niekiedy polowanie na czarownice. Ktoś upadł, więc ktoś zawinił. Otóż nie. W „czarnym sporcie” bywają takie akcje, po których sędzia i wszyscy wokół nie są pewni swoich decyzji, przemyśleń w tym temacie. A skoro tak, to naprawdę nie ma co szukać „dziury w całym”. Zmieńmy to wreszcie, dając większe pole manewru, także po przejechaniu przez zawodników pierwszego łuku tuż po starcie. Przecież sytuacja z 5. biegu niedzielnego finału była mocno niejednoznaczna, a sam werdykt arbitra Artura Kuśmierza – wykluczenie Piotra Pawlickiego po kontakcie z liderem Stali Gorzów – został odebrany przez niektórych jako skandaliczny. W rywalizacji, w której liczy się każdy bieg, każdy punkt, sędzia nie powinien tak drastycznie ingerować w jej przebieg – ostatecznie i młodszy z Pawlickich i Zmarzlik awansowali do Wielkiego Finału, co jednak wcale nie osłabia naszego postulatu, by nie karać zawsze zawodników wykluczeniami.

Skoro mowa o Wielkim Finale. Po nieszczęsnym wyścigu nr 5 Zmarzlik, za każdym swoim wyjazdem na tor niemiłosiernie wygwizdywany przez leszczyńską publiczność, dostał takiego szwungu, że już nie było na nieco mocnych. Tylko co z tego, skoro noga powinęła mu się w ostatnim, najważniejszym biegu? Tu rodzi się kolejna wątpliwość: czemu ma służyć obecny sposób wyłaniania najlepszego polskiego zawodnika? Atrakcyjności? Chłopaki mają być bliscy pozabijania się w ostatnich dwóch wyścigach imprezy? Na to wygląda, co ze sprawiedliwością nie ma wiele wspólnego. Może być bowiem tak, że któryś z żużlowców doczłapie się do barażu, wygra go albo przyjedzie drugi, awansując do finału, po czym zwycięży też bieg finałowy. Podczas gdy inny – taki właśnie Zmarzlik – wygra wszystkie biegi, ale w kluczowym przyjedzie drugi (albo zdefektuje) i nie zwycięży w całym turnieju…

Owszem, zawsze można powiedzieć: nie był aż tak dobry, skoro nie przyjechał pierwszy w Wielkim Finale. Ok., ale tym bardziej, nie był wystarczająco dobry ten, który w rundzie zasadniczej zdobył dajmy na to 11 punktów (np. 2,2,3,1,3), po czym ostatecznie wygrał zawody. Postulujemy więc zmianę regulaminu: niech impreza kończy się wraz z 20 wyścigiem, tak jak to było przed reformą z 2013 roku. Bo wiecie ile razy od tamtej pory po tytuł IMP sięgnął najlepszy żużlowiec pierwszej części zawodów? Raz, a dokonał tego Patryk Dudek trzy lata temu. Trochę mało. I gdzie tu sprawiedliwość…

Jacek Hafka