Za nami ponad 2/3 meczów sezonu zasadniczego, a właśnie rozpoczęła się miesięczna wakacyjna przerwa od ligowych zmagań na polskich torach. Choć jest jeszcze kilka niewiadomych, coraz bardziej zarysowuje się podział na drużyny, które będą walczyły o medale oraz te, którym to nie będzie dane.

Mamy dwie skrajności: niepokonaną Fogo Unię Leszno oraz notorycznie pokonywany Get Well Toruń. Naprawdę ciężko będzie jakiejkolwiek drużynie nie ulec mocy mistrzów Polski. Nie ma w tym nic zadziwiającego biorąc pod uwagę to, jak od kilku już dobrych lat zbudowany jest ten zespół, w którym po prostu brakuje luk, a fundamenty sukcesu – świetni juniorzy – stoją jeden obok drugiego i podpierają szkielet drużyny złożony z doświadczonych zawodników. Na drugim biegunie są torunianie: po minimalnej, ale zasłużonej porażce w derbach z Grudziądzem już tylko sportowy cud jest w stanie uratować ich przed degradacja z PGE Ekstraligi. Na podsumowanie czy szerszej spojrzenie na toruński problem przyjdzie jeszcze czas, ale pewne jest to, że na  taki wynik klub ten „pracował” przez kilka ostatnich lat.

Pomiędzy osią Leszno-Toruń jest miejsce dla pozostałych ekstraligowych drużyn. Tuż za Unią jest, jak się wydaje zwłaszcza po 10. kolejce, Betard Sparta Wrocław. Zespół Dariusza Śledzia nawet bez fizycznej obecności kontuzjowanego mistrza globu Taia Woffindena był w stanie dosłownie zetrzeć w pył Stal Gorzów. Brytyjczyk ma w tym pewne zasługi, bo przecież służy radą, a przede wszystkim maszynami oraz mechanikami, niemniej siła wrocławian i tak była zdecydowanie zbyt wielka. Kto jeszcze powalczy o medale? Dream-team (nie licząc juniorów) Stelmet Falubaz oraz najpewniej wspomniany wyżej MrGarden GKM, czyli ekipa konsekwentnie budowana z głową, co niejako potwierdził Artiom Łaguta, przyznając po meczu w Toruniu, że w przyszłym sezonie nadal będzie jeździł dla Grudziądza.

Toruń bardzo słaby, Gorzów w sumie niewiele lepszy, forBET Włókniarz także z tylko jednym mocnym ogniwem (Leonem Madsenem) oraz waleczny, ale nagminnie tracący ligowe punkty beniaminek Speed Car Motor Lublin – te drużyny aktualnie stoją w pewnej, różniej odległości od play-offów. Get Well może już tylko liczyć, że oprócz nagłego własnego ozdrowienia, poważna „choroba” już tląca się w gorzowskim organizmie na dłużej zostanie w Stali i tym samym jakimś dziwnym trafem torunianie unikną bezpośredniego spadku. Włókniarz jeszcze liczy na awans do czwórki, ale tego nie da się zrobić, mając w składzie tylko jednego pewniaka. Bardziej zbilansowany jest na pewno Motor, ale tutaj i tak podstawą jest spokojne utrzymanie się w elicie.

Znamienne jest, że ci słabsi częściej niż reszta podnoszą temat toru. Nawierzchnię we Wrocławiu jako niby-nieregulaminową kwestionowali przedstawiciele Stali, do przygotowania własnego toru obiekcje miał Paweł Miesiąc z Lublina, na brak powtarzalności w tym aspekcie zwłaszcza na początku sezonu narzekali ludzi z forBET Włókniarza. Tylko Get Well właściwie nie ma większego pola do narzekania – Anioły są po prostu dramatycznie słabe i od początku do teraz jeżdżą u siebie nawet gorzej niż na wyjazdach, choć i mecze na obcych torach są dla nich prawdziwą mordęgą.

Na ekstraligowych nawierzchniach – i to jest nasza szersza refleksja – nie dzieje się tyle, ile w poprzednich latach. Jakoś nie słychać głosów zachwytu nad widowiskowością płynącą choćby z częstochowskiego owalu. Motoarena od dawna nie widziała dobrego, pełnego mijanek meczu. Z czego to się bierze? Być może, o czym wspomniał w „Magazynie” Norbert Kościuch, z wielkiej wrażliwości sprzętu na najmniejsze nawet zmiany warunków. To z kolei przekłada się na często dziwaczną zdobycz punktową zawodników w stylu (patrz Matej Żagar w Lesznie) „0,3,3,0,0”, a więc wszystko albo nic; triumf albo dno. Sami żużlowcy często wydają się kompletnie zagubieni – wiecie co powiedział Krzysztof Kasprzak przed spotkaniem we Wrocławiu? „Ciężko przepracowane ostatnie tygodnie dały efekt. Dziękuję tym wszystkim, którzy pomogli mi wrócić do dobrej dyspozycji. Mam kolejne nowe silniki, a do tego doszły kolejne starty i to teraz procentuje” (źródło: „PS”). Powiedział tak po udanym dla niego meczu w Grudziądzu, po którym przyszła fatalna dyspozycja i zaledwie 4 punkty podczas pojedynku w stolicy Dolnego Śląska. Sprzęt, sprzęt i jeszcze raz sprzęt rządzi w speedway’u, niestety, umiejętności poszczególnych zawodników liczą się znacznie mniej niż jeszcze dobrych kilka-kilkanaście lat temu. Z oczywistą szkodą dla samej dyscypliny.

Jacek Hafka