Panie Januszu, nie ma co płakać

Zza oceanem właśnie rozdano nagrody za minione rozgrywki. Najcenniejszą statuetkę dla MVP sezonu regularnego zgarnął Giannis Antetokounmpo – skrzydłowy Bucks w pokonanym polu zostawił przede wszystkim brodatego super strzelca Houston i ubiegłorocznego zwycięzcę w tej kateogrii, Jamesa Hardena, ale i np. takiego Paula George’a. Emocje na gali były tak wielkie, że triumfator Giannis wziął i się popłakał.

Zawodnik Milwaukee był autentycznie poruszony, bo dokonał rzeczy historycznych. Po pierwsze, został trzecim najmłodszym koszykarzem, który mógł cieszyć się z tak wielkiego wyróżnienia. Przed nim młodszymi triumfatorami byli jedynie Derrick Rose oraz LeBron James. Urodzony w Atenach Giannis liczy sobie 24 wiosny, więc to w istocie jest godne pochwały. Po drugie zaś, Grek jest dopiero czwartym zawodnikiem spoza USA, który sięgnął po MVP sezonu – wcześniej ten zaszczyt kopnął, mającego nigeryjskie korzenie, Hakeema Olajuwona, Kanadyjczyka Steve’a Nasha oraz Niemca Dirka Nowitzkiego. A nagrodę tę wręcza się od sezonu 1955/56, co oznacza, że faktycznie zza oceanem nie docenia się w pełni graczy spoza Stanów, co tak bardzo nie dziwi, gdy weźmie się pod uwagę nie tylko sport, ale też np. aktorstwo i spojrzy się, jak wielu na liście ludzi tej branży nie urodzonych w USA dostało Oscara. Ale dobra, my nie o tym.

Antetokounmpo z pewnością nie jest boiskowym aktorem. To gość, który stał za kapitalnym sezonem zasadniczym Bucks (bilans 60-22), choć jednocześnie nie uchronił ich od porażki w finale Konferencji Wschodniej z późniejszym niespodziewanym zwycięzcą całego sezonu, ekipą Toronto Raptors.

Komu przypadły pozostałe nagrody? Trzy – łącznie z Giannisem – trafiły do Milwaukee, bo w swojej kategorii najlepsi okazali się także coach Mike Budenholzer oraz menedżer generalny Jon Horst. A co jeśli chodzi o samych zawodników? Największy postęp zrobił, według głosujących, Pascal Siakam z Toronto, nagroda dla najlepszego defensora powędrowała drugi raz z rzędu (!) do zawodnika Jazz, Rudy’ego Goberta, podobnie zresztą jak znowu najlepszym rezerwowym ligi został Lou Williams. A wiecie, kto wziął wyróżnienie dla najlepszego debiutanta? No jak to kto: Luka Doncic, co absolutnie nie dziwi. Słoweniec, mający za sobą chlubną przeszłość w Realu Madryt, był w swoim pierwszym sezonie na parkietach NBA wyjątkowo regularny, nierzadko przyćmiewając swoim koszykarskim blaskiem zdecydowanie bardziej doświadczonych zawodników, co oczywiście także znalazło potwierdzenie w statystykach: ponad 21 punktów, niecałe 8 zbiórek i 6 asyst na mecz.

***

A kto z Was, drogie koszykarskie świry, pamięta takiego wieeelkiego gościa jak pochodzący z Konga Dikembe Mutombo? To był „bloker” – nie było na niego mocnych w grze pod koszem, nie dziwi więc, że aż czterokrotnie był wybierany jako najlepszy obrońca ligi. I te jego „czapy” zupełnie nie podrobienia… Mutombo potrafił gasić zapędy największych, dosłownie największych ówczesnych gwiazd NBA, nie wyłączając młodego Shaqa. Miał też równie wielkie serce, gdy w 1997 roku założył fundację swojego imienia, pomagającą najsłabszym, zaś 9 lat później w Kinszasie otwarto szpital, który został przez niego zasilony kwotą 15 mln dolarów. Ale był też poważny cień i niefajna karta w jego życiorysie. W 2012 roku świat obiegła informacja, że słynny niegdyś koszykarz jest zamieszany w ogromny przekręt z przemytem złota i mafiosami w tle. Sprawa, którą interesowała się nawet ONZ, jednak rozeszła się po kościach. A Dikembe dziś właśnie obchodzi 53. urodziny.