To się (znów) nie może udać…

Leo Messi miał już nie grać w reprezentacji Argentyny, na szczęście jednak dla wszystkich swoich rodaków zmienił zdanie, by zawalczyć o triumf w Copa America. Dla genialnego zawodnika zdobycie trofeum z drużyną narodową to największa niespełniona ambicja, na przestrzeni lat przekonaliśmy się, że nad Albicelestes wisi istna klątwa, której nie jest w stanie odczarować żadna, nawet najwspanialsza jedenastka. Turniej w Brazylii to jedna z ostatnich w karierze artysty z Camp Nou szansa na oszukanie przeznaczenia – po pierwszym meczu z Kolumbią wiemy już, że osiągnięcie tego celu jest dalej niż kiedykolwiek.

Trudności mogliśmy przewidywać już na podstawie personaliów. Wprawdzie wielu kibiców zachwycało się ofensywnym kwartetem Argentyńczyków, ale po pierwsze: Angel Di Maria mimo wszystko nie ma za sobą najlepszego sezonu w karierze, Sergio Aguero w kadrze przeważnie gra mizernie, najmniej wątpliwości mamy przy młodym Giovanim Lo Celso, grającym jednak nie do końca na swojej pozycji. Przede wszystkim jednak – pozostała część wyjściowej jedenastki prezentuje się miernie jak na warunki reprezentacji Argentyny, najbardziej znany spośród „nieofensywnych” piłkarzy to prawdopodobnie Nicolas Otamendi, który w minionym sezonie grał stosunkowo niewiele w Manchesterze City.

Z drugiej strony, w ostatnich latach po Copa America sięgały drużyny, które nie były zespołami kompletnymi. Chile, które zwyciężało w finałach dwa razy z rzędu właśnie kosztem Messiego i spółki, miało wielu ciekawych piłkarzy, ale też kilku spośród zawodników wyjściowej jedenastki określilibyśmy mianem przeciętnych. Nie będzie też błędem stwierdzenie, że w najważniejszych momentach tamtą drużynę ciągnęło siłą swoich umiejętności dwóch zawodników: Alexis Sanchez i Arturo Vidal. A więc da się wygrać, mając niekoniecznie wybitny skład? Da się. O ile nie jest się Argentyną…

A przynajmniej takie wnioski płyną po pierwszym meczu z Kolumbią. James Rodriuguez i jego koledzy elegancko wypunktowali rywali w drugiej połowie, choć i w pierwszej potrafili raz czy drugi dość łatwo przedrzeć się w pole karne Argentyńczyków. Postawa defensywy to jedna z największych bolączek drużyny selekcjonera Scaloniego.

Można odnieść wrażenie, że Kolumbijczykom zwycięstwo przyszło stosunkowo łatwo. W całym meczu było sporo walki i nieczystej gry, liczba gwizdków sędziego była czasem nieznośna z punktu widzenia kibica i całe spotkanie oglądało się bez większej przyjemności. Wystarczyły jednak dwa ciosy, wyprowadzone przez rezerwowych Rogera Martineza i gwiazdę Serie A Duvana Zapatę, by rozłożyć Albicelestes na łopatki.

Oczywiście, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków po jednym meczu nie jest rozsądne, dlatego nie odbieramy Argentynie szans na końcowy triumf. Nie mamy wątpliwości, że reprezentacja kraju dwukrotnych Mistrzów Świata wyjdzie z grupy, w której znajdują się jeszcze Katar i Paragwaj. Dalej będzie jednak bardzo ciężko, bo przecież Kolumbia, choć jest czołową drużyną na kontynencie, nie jest głównym faworytem do końcowego triumfu. Ten, na ziemi Canarinhos, może być tylko jeden. Szczególnie przy takiej dyspozycji potencjalnie najgroźniejszego rywala…

Na koniec, kwintesencja reprezentacji Argentyny i nastawienia jej przeciwników.