Rottweilery zjadły Cukier. Torunianie nie byli w stanie odpowiedzieć  choćby na  agresywną obronę aktualnych mistrzów Polski i zasłużenie przegrali  7. mecz finału Energa Basket Ligi. Tytuł pozostał we Włocławku!

Anwil od początku tej serii był – ku rozpaczy toruńskich kibiców – ekipą z indywidualnie lepszymi koszykarzami. Głębokiej wiary w zwycięstwo nie zmąciły kontuzje: ta jeszcze sprzed finału Josipa Sobina, później Michała Ignerskiego i następnie Walerija Lichodieja, choć ten ostatni uraz nie okazał się zbyt groźny. Przewaga aktualnych mistrzów Polski z całą mocą uwidoczniła się w siódmym, kluczowym spotkaniu w Arenie Toruń.

Już do przerwy goście, wspierani przez pokaźną grupę swoich kibiców, prowadzili różnicą 10 punktów. I właściwie z każdą kolejną minutą tylko budowali swoją przewagę nad czasem kompletnie bezradnymi zawodnikami trenera Dejana Mihevca. Swoje, jak to już wcześniej bywało, zrobiły celne rzuty zza łuku – w pierwszych 20 minutach Anwil miał świetną pod tym względem skuteczność 10/15, co choć w ostatecznym rozrachunku nieco przyblakło (15/31), to i tak było jednym z głównych aspektów wygranej aktualnych mistrzów Polski.

To naprawdę niesamowite, że zespół pozbawiony takich, jak Sobin i Ignerski był w stanie odpowiedzieć na mocną grę pod tablicami zawodników  z Torunia. Przewaga Polskiego Cukru Toruń pod tablicami zarysowała się od początku, ale trener Igor Milicić miał inny pomysł na Twarde Pierniki, którego podstawą, mimo to, była agresywna gra w obronie. To taki znaki firmowy chorwackiego szkoleniowca.  „Obroną wygraliśmy kolejne mistrzostwo. W pewnym momencie tej serii zmieniliśmy defensywę przeciwko zagrywkom, które Polski Cukier świetnie egzekwował. To spowodowało, że ich rozgrywający mieli olbrzymie problemy z podawaniem piłki pod sam kosz. To zadziałało” – przyznał później.

Milicić miał w swojej ekipie duże nazwiska. Indywidualności. Ivan Almeida (MVP finałów), Aaron Broussard, wspomniany Lichodiej, wielkie doświadczenie Szymona Szewczyka, trójki Chase’a Simona – wszyscy ci zawodnicy musieli zadziałać na graczy Polskiego Cukru, wśród których brakowało równej formy zwłaszcza czarnoskórych zawodników, by wymienić grającego z kontuzją Roba Lowery’ego, nieskutecznego Michaela Umeha, czy niespodziewanie przestraszonego, robiącego czasami podstawowe błędy Cheikha Mbodja, choć przecież Senegalczyk w trakcie sezonu nie miewał poważniejszych wahań formy. W toruńskim zespole – oprócz Damiana Kuliga i Bartosza Diduszki – trudno było wyróżnić kogokolwiek za dyspozycje w meczach finałowych. Na pewno także sprawdził się jeszcze rezerwowy Tomasz Śnieg, ale na Anwil to jednak było za mało.

Oczywiście, że były momenty zwątpienia, ale cały czas wierzyłem w to, co robię. Kolega nazwał mnie saperem i myślę, że to jest bardzo dobre określenie mojej osoby. Lubię ryzyko, gdy przemawia na moją korzyść. Dokonaliśmy wielkich rzeczy, nawet niemożliwych. Jestem przekonany, że ludzie będą pamiętać ten sukces”- zaznaczył w rozmowie ze SportowymiFaktami trener Anwilu. Obrona tytułu to naprawdę duża rzecz. I, w istocie, spora zasługa trenera Milicicia.