13 czerwca cała zabawa zaczęła się na dobre

Liga Mistrzów UEFA to dziś największe klubowe rozgrywki świata. Są różne pomysły na zreformowanie ich, a nawet możliwe jest nowy konkurencyjny do nich twór, choć to raczej odległa przyszłość. Od czego cała ta impreza się zaczęła? Na dobre – od finału na Parc des Princs w Paryżu, który odbył się dokładnie 63 lata temu, 13 czerwca 1956 roku.

Wiecie, jaką nazwę miała wtedy Liga Mistrzów? Był to Puchar Klubowych Mistrzów Europy. Dosłownie: w rywalizacji brali udział tylko mistrzowie swoich krajów (no dobrze – w pierwszej edycji Hibernian nie był mistrzem Szkocji, ale miał sztuczne oświetlenie…), a było ich łącznie 16. Wśród drużyn zaproszonych przez pomysłodawcę-wydawcę francuskiego „L’Equipe” Gabriela Hanota znalazło się miejsce dla Gwardii Warszawa. Stołeczny klub jednak odpadł już w pierwszej rundzie, przegrywając ze Szwedami z Djurgandens IF 1 do 4 – honorową bramkę dla warszawian zdobył Krzysztof Baszkiewicz. Ale to nie Polak był pierwszym w dziejach strzelcem, który trafił do bramki w nowo utworzonych rozgrywkach. Zrobił to zawodnik Sportingu Lizbona, Joao Baptista Maritns, który otworzył wynik (3:3) z Partizanem Belgrad.

Jednak to nie tym spotkaniem będziemy się dziś zajmować. Jak doszło do pierwszego w dziejach finału poprzedniczki Ligi Mistrzów? Wielki, bo napędzany genialnym triem: Alfredo di Stefano, Hector Rial, Francisco Gento Real Madryt bez problemów ograł najpierw Servette Genewa, a następnie – choć już z problemami w rewanżu – poradził sobie z Serbami. Ci jednak byli o krok od wyeliminowania „Królewskich” w ćwierćfinale, ale błoto zatrzymało piłkę niechybnie zmierzającą do siatki Madrytczyków i to przy stanie 3:0 dla Partizana. Ostatecznie, Real zameldował się w półfinale, gdzie czekał już AC Milan.

Zawodnicy trenera Jose Villalongiego zdołali „przejść” Rossonerich, choć przegrali w rewanżu 1:2. Strat z pierwszego półfinału nie odrobili także gracze Hibernian, którzy dwukrotnie musieli uznać wyższość Francuzów ze Stade de Reims. Była to młoda ekipa, pełna zdolnych zawodników, wśród których szczególnie wyróżniał się Francuz polskiego pochodzenia, do niedawna… górnik, Raymond Kopa. COŚ O NIM . Stade de Reims w drodze do finału PKME pokonał – oprócz Szkotów – także duńskie Aarhus oraz węgierskie Voros Lobogo.  Aż nadszedł długo wyczekiwany dzień, 13 czerwca 1956 roku.

Paryski stadion Parc des Princes pękał w szwach, na jego trybunach było ponad 38 tys. fanów, w większości sprzyjających ekipie Reims. I szybko zaczęło się wydawać, że Francuzi wezmą rewanż na Królewskich za porażkę 12 miesięcy wcześniej w finale Pucharu Łacińskiego dla najlepszych wówczas zespołów z Francji, Hiszpanii, Portugalii i Włoch. Już po 10 minutach Reims na paryskim obiekcie prowadził 2:0, ale zawodnicy Villalongiego nie zamierzali się poddawać:

To było niezwykle dynamicznie prowadzone spotkanie, które ostatecznie zakończyło się triumfem (4:3) Hiszpanów. Tak, jak kolejny finał PKME w tej samej obsadzie, ale już z 1959 roku. Bo trzeba wiedzieć, że Królewscy właśnie tego dnia rozpoczęli swoją wielką, naznaczoną sukcesami przygodę z Pucharem Europy, przemianowanym później na Ligę Mistrzów. Real to najbardziej utytułowany klub Starego Kontynentu – brał udział w 16 finałach tych prestiżowych rozgrywek, 13 z nich wygrał. Pierwszy: równo 63 lata temu.