Ledwo wrócił do ścigania po dyskwalifikacji za doping, a już znowu o nim głośno. Grigorij Łaguta swoimi nad wyraz rewelacyjnymi występami po wielomiesięcznej, przymusowej pauzie zwrócił uwagę komentatorów. Zwrócił jeszcze większą, gdy w meczu jego Speed Car Motoru we Wrocławiu spod jego maszyny buchnął płomień. Od razu pojawiły się zarzuty o tzw. doping technologiczny.

Sprawie postanowił przyjrzeć się sam guru wszystkich żużlowych sędziów w naszym kraju, Leszek Demski. Następnie, temat podchwycili dziennikarze. Tyle, że zrobiono to w różny sposób. Jedni (np. SportoweFakty.pl) od razu odtrąbiły, że Łaguta stosuje jakieś nieregulaminowe machlojki z paliwem, jaką chemię dodaje i śmiga, a taką tezę miał podeprzeć jeden z polskich tunerów. Drudzy (pobandzie.com.pl) dotarli do źródła, a więc do mechanika Rosjanina, Dariusza Sajdaka: „Ja wiem, co się stało. Zostało to zdiagnozowane. Mogę wszystkich zapewnić, że jedziemy czysto i nie oszukujemy. Gdy będzie trzeba, powiem więcej” – enigmatycznie stwierdził Sajdak. Komu wierzyć?

No właśnie. Różnice między zawodnikami, dysponującymi wyżyłowanym sprzętem, są często bardzo niewielkie. Czy to może rodzić obawy o dodatkowe, sprzeczne z regulaminem, wspomaganie technologiczne? Oczywiście. Może, choć nikt nikogo za rękę nie złapał. W ostatnim czasie został złapany właśnie Łaguta, tyle, że wsparty meldonium. I to jest główny punkt całego zamieszania. Dopingowicz wraca, wsiada na motocykl i z miejsca robi kapitalne wyniki w „najsilniejszej lidze świata”. Nie dziwota, że taki gość od razu jest na cenzurowanym. Tym bardziej, że w rewanżu z Wrocławiem w Lublinie, już po całym szumie, Rosjanin zdobył ledwie  8 punktów, w pierwszym starcie w dodatku kasując Taia Woffindena:

Sytuacja z mistrzem świata to także był powód, dla którego Łagutę odsądzano od czci i wiary. Jak mógł tak pojechać? Wciskał się, choć przecież widział, że nie ma miejsca… Oczywiście, pojechał tak agresywnie, bo zdaniem spiskowców, musiał po „dymie” zrezygnować z paliwowego dopalacza. To zresztą – nie wprost, co też podbiło spekulacje – zasugerował ludziskom Troy Batchelor, a więc zawodnik ROW-u Rybnik. Na swoim Twitterze napisał: „Fuel testing in Lublin tonight and a certain rider wasn’t so fast can you guess who ?”. W domyśle – chodziło o Łagutę właśnie, choć Australijczyk w, przyznajmy to, głupi sposób zaczął się potem z tego wycofywać:

Tak, czy inaczej, wokół Rosjanina znowu zrobiło się gorąco. Dobrze przynajmniej, że Łaguta ma lojalnych kolegów z Lublina – Paweł Miesiąc (u niego z kolei „podpadnięte” były gaźniki) na łamach SportowychFaktów zaznaczył, że Łaguta żadnej kontroli się nie wystraszył, a „te dwa mecze ze Spartą wiele różni. Inna pora meczu, inna temperatura, pogoda w ogóle, no i tor inny. Regulacje, które miał Grigorij we Wrocławiu pasowały idealnie, w Lublinie wyszło gorzej”. Wyszło na tyle źle, że Lublin po porażce u siebie z Betard Spartą mocno skomplikował swoją sytuację w tabeli. Kluczowa – w kontekście utrzymania się w PGE Ekstralidze – będzie konfrontacja z Get Well w Toruniu 21 czerwca. Do tego czasu Speed Car Motor nie wyjedzie na tor. Ale i tak wyniki indywidualne zawodników z Lublina, zwłaszcza Łaguty, będą podlegały szczegółowej ocenie. Tego jesteśmy pewni.

Jacek Hafka

Kursy w forBET na niedzielne mecze 8. Kolejki PGEE:

16.30 Stal Gorzów vs. Get Well Toruń: 1 – 1.20, X – 15.00, 2 – 4.75

19.00 forBET Włókniarz vs. Falubaz Zielona Góra: 1 – 1.60, X – 13.00, 2 – 2.45