Średnia długość pracy trenerów nad Wisłą należy do najkrótszych w Europie, a my przyzwyczailiśmy się już, że czasem wystarczą dwa słabsze mecze, by zaczęły się spekulacje o zwolnieniu szkoleniowca i kolejne dwa, by do tego naprawdę doszło – choć oczywiście bywa i szybciej. Jest to, tu eksperci nie mają wątpliwości, jedna z bolączek polskiej piłki. Jak bowiem budować coś trwałego, skoro co chwila zmienia się wykonawca? Dlatego z radością przyjmujemy fakt, że coś w mentalności prezesów polskich klubów uległo zmianie.

A wnosimy to po dwóch faktach. Po pierwsze: pozostanie na stanowisku trenera Jagiellonii Ireneusza Mamrota. Informacje o tym, że zostanie zwolniony, pojawiały się już na początku maja po przegranym finale na Narodowym. Opiekun drużyny z Białegostoku dostał okazję by popracować do końca sezonu, ale jego misja ostatecznie zakończyła się niepowodzeniem. Jaga skończyła na 5. miejscu i wydawało się, że prezesowi Kuleszy zabraknie cierpliwości.

Nie zabrakło – i całe szczęście. Trudno bowiem winić trenera za niektóre wyczyny jego podopiecznych. Co ma zrobić Mamrot, kiedy Jesus Imaz marnuje dwa rzuty karne w swoich dwóch ostatnich meczach sezonu (z Legią szczęśliwie nie grał), z czego jedną z jedenastek wykonuje w sposób groteskowy? Niewiele też ma do powiedzenia, kiedy Marian Kelemen nie łapie piłki w polu bramkowym w ostatniej akcji finału Pucharu Polski, można go co najwyżej rozliczać z wyboru golkipera – ale w tej kwestii ważny głos ma trener bramkarzy. Patrząc szerzej: zimą w stolicy Podlasia wymieniono całą ofensywę, dla każdego trzeźwo myślącego powinno być jasne, że na ponowne skonsolidowanie piłkarzy potrzeba czasu.

Drugie wydarzenie to oczywiście pozostanie w Legnicy trenera Dominika Nowaka. Szkoleniowiec, który wprowadził Miedź do Ekstraklasy, po jej spadku spodziewał się wypowiedzenia, na szczęście osoby stojące na czele klubu zachowały chłodne głowy. Od początku sezonu było jasne, że beniaminek może być zaplątany w walkę o utrzymanie i nie należy tego traktować jako efektu złej pracy sztabu szkoleniowego. Przeciwnie, swoje do pieca dołożyli prezesi, którzy zupełnie zmienili strukturę narodowościową szatni, podkopując nieco pierwszoligowego ducha drużyny. Ostatecznie do szczęścia zabrakło bardzo niewiele, ale Miedź walczyła dzielnie do ostatniej minuty, za co należy jej się szacunek. A Nowakowi – szansa na ponowne wywalczenie awansu do elity.

Mamy wrażenie, że zmiana sposobu myślenia ekstraklasowych prezesów to efekt sukcesu Fornalika, Probierza czy Stokowca. Wszyscy oni na efekty swojej pracy kazali poczekać, ale kiedy je zobaczyliśmy – ręce składały się do oklasków, a czapki same zeskakiwały z głów. Cieszy zatem, że ich koledzy po fachu dostają możliwość długofalowej pracy. To, jak się okazuje, jedyna droga do sukcesu.

 

Max Mahor