Kontuzja, która ucieszyła każdego

Żyje w mydlanej bańce. Rzeczywistości, którą sam kreuje, a której tak naprawdę nie ma. Wierzy w coś, co istnieje tylko w snach. Jest przekonany o tym, że jego patrzenie na świat jest czymś ważnym dla jego funkcjonowania. Każdym swoim słowem i gestem budzi refleksje, które już dawno wykroczyły poza jakiekolwiek ramy.

Marcin Najman obiecywał, że stoczy rewanżowy pojedynek z Rihardsem Bigisem za porażkę sprzed niemalże roku, gdy na organizowanej przez siebie gali przegrał przez kontuzje. Jeszcze w szatni były deklaracje, że na pewno będzie druga walka, która wszystko wyjaśni. Kilkukrotnie zmieniano jej datę, przesuwano termin bitwy. Godzina sądu ostatecznego nadchodziła jednak nieurchronnie. Wiadomo było, że weryfikacja w końcu przyjdzie. El Testosteron nie rzuci słów na żart i efektownie odbierze to, co jego.

Najman wyszedł ponownie do ringu z Bigisem na kolejnej gali, którą organizował. Pal licho, że jeszcze kilkadziesiąt minut przed pierwszym gongiem licytował koszulkę na aukcji. Sam zamysł rzecz jasna chwalimy, ale gdy ktoś za chwilę toczy ważny dla siebie pojedynek, to chyba nie powinien zajmować się takimi rzeczami. Tak naprawdę nieistotne, choć w internecie i tak już wtedy krążyła szyderka. Do odpalenia dynamitu brakowało tylko jednego – porażki. Ta przyszła szybciej niż przypuszczali najbardziej trollujący Najmana kibice. W 1. rundzie. Przez kontuzję.

Tak, to nie żarty. Przez kontuzję w 1. rundzie. Bez żadnego zadanego ciosu, ale za to z kilka mocnymi, soczyście przyjętymi.

Było mydlenie oczu. Przez ostatnie 11 miesięcy. Że wróci, wygra, udowodni, pokaże. Były migawki w internecie z treningów, pokazywanie szybkości i siły, która „Na Bigisa powinny wystarczyć”. Było pompowanie balonika, znowu nagabywanie całego świata, że mistrz świata K-1 to nie jakiś tam uliczny fajterek, a kawał chłopa, który jednym ciosem potrafi konia przewrócić. Była kolejna w karierze kontuzja. Błazenada i wstyd, których Najman po raz kolejny jest autorem.

Najman w pewnym aspekcie jest jak Usain Bolt. Wszyscy po biegach jamajskiego sprintera czekali na ceremonię medalową, bo wiedzieli, że barwny ptak światowej lekkoatletyki coś wymyśli podczas stawania na podium. Bolt znakomicie czuł się przed kamerami, miło się patrzyło na tego pozytywnego świra. Na wywiady po walce Najmana czekają wszyscy. Jego pogubione tłumaczenia, szukanie przyczyn porażki i pretensje do całego świata przeszły już dawno do historii sportu. Nie mamy wątpliwości, że w naszym kraju te zagrywki są bardziej znane niż żarciki Bolta.

Moglibyśmy powrzucać screeny z komentarzami internautów po tym, co miało miejsce wczoraj w Starachowicach. Moglibyśmy podlinkować wam grupy na Facebooku, w których pasjonaci cały czas rozmawiają o boksie. Streścimy – tam jest jazda bez trzymanki. Najman jest najbardziej wyszydzanym i najbardziej nielubianym sportowcem, o jakim kiedykowiek słyszeliśmy. To nie jest gość, który budzi mieszane uczucia. To nie jest człowiek, którego 20 osób lubi, a nie 80 nie lubi. Mamy wrażenie, że jego ludzie nienawidzą. Nie mogą na niego patrzeć. Tylko czekają na jego błąd lub niepowodzenie, by móc zacząć krytykować. Obrażać samozwańczego mistrza sportów walki.

Czy to ostatni występ w karierze Najmana? Nie, na pewno nie. Nie wierzymy w to. Zaraz coś się uroi, zatli w głowie, narodzi się myśl, która będzie przyświecała w kolejnych miesiącach. Pomysł się znajdzie, popyt też będzie. Nic jednak tak nie napędza koniunktury, jak hejt i niechęć. Te w tym przypadku są ogromne. Co ważne – w pełni uzasadnione.